Przeziębienie vol. 453464245549643963254668.

Tak chyba powinnam zatytułować ten post.
Ostatnio pisałam o tym, co kocham w późnej jesieni.
Dzisiaj dla odmiany napiszę o tym, czego w niej nienawidzę.
Nienawidzę tego, że znowu mam zatkane zatoki i cieknie mi z nosa.
Nie jest to na szczęście "pełne" przeziębienie, bo katar to jedyne, co mi na tę chwilę dolega, ale nie oszukujmy się - i tak jest to dość niesamowicie upierdliwe.
Ale mglisty, szary widok za oknem na swój sposób urzeka.

Robiąc porządki znalazłam 13 książek - 4 napoczęte i 9 jeszcze przeze mnie nietkniętych.
Myślałam, że to wyłącznie już przeczytanie książki nie mieszczą się w szafce, a tu taka niespodzianka, w sumie cieszy mnie to, że będę miała co czytać w najbliższych tygodniach.

Co poza tym?
Skróciłam włosy. Znowu. W sumie przez ostatnie 2 miesiące skróciłam je o ponad 25 cm.
Nadal są dłuższe, niż do ramion, bo przed pierwszym cięciem sięgały do pasa.
Korci mnie, żeby obciąć jeszcze z 5 cm, ale na razie się chyba wstrzymam.
Lubię to, że kiedy są krótsze są też lżejsze i wyglądają, jakby było ich więcej.
I odkąd znowu mam grzywkę takie krótsze chyba bardziej mi pasują.
Nadal walczę z ich wypadaniem, niestety muszę się przyznać, że zabrakło mi systematyczności, jeżeli chodzi o wcieranie w skalp naparu z kozieradki i szczotkowanie włosów szczotką z włosia dzika.
Albo o tym zapominam, albo mi się nie chce, aż mi szczerze za siebie wstyd.
Po zużyciu trzech butelek wiem też, że Jantar i dwie inne ziołowe odżywki w sprayu Farmony kompletnie u mnie nie działają, a na dodatek podrażniły mi skórę głowy.
Zastanawia mnie Seboradin w sprayu.
Ktoś z Was może stosował? Polecacie?
A może jakieś inne spraye/odżywki/olejki/wcierki?

P.S. Jeżeli przyjdzie Wam do głowy pójść do kina na Tangerine/Mandarynkę, z uwagi na oryginalny pomysł nakręcenia filmu kilkoma iPhone'ami, to ostrzegam - nie warto. Widziałam film kilka tygodni przed polską premierą i był tak nijaki, że nawet po tak krótkim czasie niewiele z niego pamiętam.
Nie wszystko złoto, co się świeci. Nie wszystko nagradzane na festiwalach jest wartościowe.


Grey moją nową miłością <3
Tak powinien pachnieć mężczyzna.

Powinnam mieć bana na zakupy. Dożywotniego.
Zwłaszcza na tak nietrafione zakupy.
Smoked birch tak bardzo wali wędzonką, że nie da się tego palić.

A tak dbam o gości ;)

W życiu bym nie przypuszczała, że posmakuje mi herbata owocowa na bazie hibiskusa.

Domowe burgery są najlepsze.
Sama nie wiem, czy osoba, która wpadła na to, że ser można usmażyć powinna dostać za to jakąś nagrodę, czy smażyć się w piekle.

Lubię wino.
Białe, wytrawne, południowoeuropejskie, najchętniej włoskie.
Chociaż z włoskich wytrawnych win lubię też i niektóre czerwone.
Białe jednak lubię też wykorzystywać do gotowania.
Do risotto czy do kremowych sosów.
Moim faworytem jest sos z wina i śmietanki z dodatkiem pestek dyni i suszonych pomidorów.
Ten przepis już jakiś czas temu pojawił się na blogu.
Dzisiaj też kremowy sos na bazie białego wytrawnego wina.
Ale już bez pomidorów czy pestek.
Bardzo prosty sos - wino, śmietanka i ser.



Składniki na dwie porcje:

  • 250 g ulubionego makaronu
  • 200 ml śmietanki 30% lub 36%
  • 100 ml białego wytrawnego wina (niezmiennie polecam chenin blanc)
  • 50 g łagodnej gorgonzoli
  • odrobina świeżo zmielonego pieprzu
  • tarty parmezan do posypania


Mieszamy wino i śmietankę w rondlu i doprowadzamy do wrzenia.
Gdy sos się trochę zredukuje dodajemy pokrojoną w drobną kostkę gorgonzolę.
Gotujemy na małym ogniu aż ser się rozpuści. Doprawiamy pieprzem.
Podajemy ze świeżo ugotowanym makaronem, posypujemy danie parmezanem


Sos można oczywiście urozmaicić dodając wspomniane na początku suszone pomidory, świeże zioła czy dowolne pesto (bazyliowe byłoby tu moim faworytem).
Mnie jednak najbardziej smakuje prosta wersja i taką najbardziej polecam.
Gorgonzola jest pysznym serem, który dobrze wypada będąc składnikiem dominującym w daniu.
Każdemu chyba zdarza się czasami znaleźć w czeluściach lodówki zapomniany produkt, który przez nasze roztargnienie zdążył się przeterminować.
W ten sposób marnuje się niesamowicie dużo żywności, czy koniecznie musi tak być?
Terminy przydatności do spożycia - są na wszystkich produktach: na mięsie, nabiale, słodyczach, suchych produktach, konserwach, na napojach.
Czy zawsze trzeba sztywno trzymać się ciągu cyferek nadrukowanego na opakowaniu?
Może niektóre produkty można zjeść pomimo tego, że ich termin przydatności upłynął kilka dni temu?
A może bezwzględnie należy je wyrzucić?


1. MIĘSO
Tutaj nie ma możliwości "nagięcia" terminu przydatności do spożycia.
Przeterminowane mięso należy wyrzucić, nawet jeżeli w zapachu wydaje się być w porządku.
Mięsa drobiowe i wieprzowe przyczyniają się do ogromnej ilości zatruć pokarmowych.

2. SUCHE  PRODUKTY
Makarony, herbatniki, krakersy, ryże czy kasze mają po pierwsze długie terminy przydatności, a po drugie nawet po ich upływie mogą być jeszcze przez jakiś czas zdatne do spożycia.

3. PRODUKTY  KISZONE
Kiszone ogórki, kiszona kapusta, ogórki w marynacie na bazie octu.
Wszystkie te produkty utrzymują długą przydatność do spożycia.
Proces fermentacji skutecznie konserwuje żywność - jak suszenie mięsa i ryb.

4. BARDZO  SŁODKIE  PRODUKTY
Suche ciastka (bez kremu/marmolady), cukierki typu landryny - duża zawartość cukru pełni w nich niejako funkcję ochronną, pozostają one bardzo długo przydatne do spożycia.

5. TRADYCYJNE  SUSZONE  WĘDLINY
Nie mówię tutaj o ich tańszych polskich odpowiednikach, ale tradycyjne włoskie salami czy hiszpańska szynka serrano potrafią przetrwać nawet miesiące. Ważne jest, by były one pozbawione wody. Wówczas z upływem czasu staną się po prostu bardziej suche, ale nadal będą w pełni zdatne do spożycia.

6. SERY
Spleśniały, nieświeży miękki ser należy wyrzucić.
Odkrojenie kawałka z pleśnią nic nie da, ponieważ nitki pleśni prawdopodobnie wniknęły już i tak do wnętrza produktu. Zasada ta nie dotyczy jednak twardych serów, tutaj po odkrojeniu spleśniałego kawałka resztę możemy spokojnie spożyć w ciągu kilku dni.

7. JAJKA
Odrobinę zbyt długo przechowywane jajka nie powinny być spożywane "solo" - jajecznica, jajka na miękko/twardo czy też sadzone. Można natomiast wykorzystać je do ciast.

8. MLEKO
Skwaśniałe mleko nie jest może smaczne, ale nie jest też szkodliwe.
Można je wykorzystać do placków/naleśników.

9. ORZECHY
Ze względu na dużą zawartość tłuszczu orzechy mogą zjełczeć.
Nie są może wtedy szkodliwe, ale nie są też smaczne, dlatego lepiej je wyrzucić.

10. GOTOWE  DANIA
Wszelkie kupne pierogi, zapiekanki, lazanie i inne popularne "gotowce" należy po upływie terminu przydatności do spożycia bezwzględnie wyrzucić.
Tegoroczne Kringlowe nowości.
Gdybym miała kierować się logiką, to pewnie bym ich nie kupiła.
Autumn rain miał wszędzie opinie typu "Rainy day 2.0". Mało zachęcające.
A Peppermint cocoa nie powinno mnie nawet interesować po tym, jaką porażką był wosk Hot chocolate.
Ale wbrew wszelkiej logice kupiłam.
Po cichu liczyłam na to, że Autumn rain będzie godnym następcą mojego ukochanego wycofanego November rain z YC za którym płacze pół Wizażu i 3/4 fejsbukowej grupy świeczkowej.



AUTUMN  RAIN
"Czysty naturalny zapach jesiennego krajobrazu. Wyjątkowo świeży i przyjemny zapach kolorowych liści."
No i co? No i niestety bez objawienia i bez przyjemnego zaskoczenia - NIE.
Faktycznie bliżej mu do Rainy day, niż do November rain.
Rainy day nawet lubię, ale nie na tyle, żeby do niego wracać.
Ale cóż, faktycznie pachnie deszczowym dniem.
Brak mu tych męskich, drzewnych nut, wyrazistości i zdecydowania November rain.
Nie ma też wspomnianych w opisie liści.
Ale nazwa "autumn rain" jest strzałem w dziesiątkę, bo właśnie tak ten wosk pachnie.

PEPPERMINT  COCOA
"Mięta i czekolada na gorąco stanowi świetne połączenie, które zadowoli każdego smakosza w chłodniejsze dni."
Bałam się porażki znanej z mdłego Hot chocolate.
I tutaj było przyjemne zaskoczenie.
Jest gorące kakao, ale nie jest płaskie ani irytujące.
I jest mięta, która idealnie pasuje do całości i nie jest sztuczna.
Dla mojego nosa to bardzo udany zapach, chyba jedyny spożywczy tej marki, który mi się podoba.
Jak komuś się marzą czekoladowe aromaty, to mogę z czystym sumieniem polecić :)
W tym tygodniu post zdjęciowy wyjątkowo publikuję w sobotę, nie w niedzielę.
Motywem przewodnim dziś będzie późna jesień.
Za co kocham późną jesień? Bo tak, ostatnio lepiej znoszę zimno i polubiłam tę porę roku.
Za to, że mogę bez opamiętania palić lawendowe, paczulowe i cynamonowe świece/woski.
KOCHAM konkretne aromaty. "Męskie", korzenne, drzewne, dymne, pudrowe. I lawendę kocham, i jaśmin, i bez. Ale takie z prawdziwą mocą, doprowadzające wrażliwców do migreny i ataku duszności. Nie dla mnie świeże kwiatki czy mdłe owocki. Podejście do truskawkowego wosku skończyło się tak, że miałam mdłości.
Lubię nosić luźne swetry i przytulne szaliki. I znoszone skórzane botki, które nigdy mnie nie obtarły.
I lubię moje polarowe spodnie od piżamy. W kolorowe bałwanki. Noszone po domu oczywiście.
Kocham jesień za to, że mogę się ubrać od stóp do głów na czarno i nikt nie patrzy na mnie dziwnie, jak to ma miejsce latem. Lubię czerń. Mój zimowy płaszcz jest szary tylko dlatego, że nie znalazłam ładnego i prostego czarnego płaszcza do kolan/ciut dłuższego, a potrzebowałam okrycia na już na wczoraj.
Bordo, brąz, szarość i granat na paznokciach dobrze się komponują z zimowymi ubraniami.
No i sezon na cytrusy. Mandarynki, pomarańcze, zielone grejpfruty, kocham je wszystkie.
W końcu nie są bez smaku jak latem, mandarynki i pomarańcze są kwaskowate i soczyste, a zielone grejpfruty pojawiają się w każdym markecie. Mogę je jeść kilogramami, codziennie. Dosłownie.
I o ile przy grejpfrutach czy pomarańczach ma to skutki uboczne w postaci kilkugodzinnego paraliżu języka (raz zjadłam kilogram pomarańczy za jednym posiedzeniem i do końca dnia nie czułam języka), to przy mandarynkach nic mnie nie powstrzymuje przed totalnym niepohamowanym obżarstwem.
W pobliskim Kaufie dziwnie na mnie patrzą, bo codziennie kupuję ok. 1,5 kg cytrusów.
Cóż, wychodzi na to, że jeżeli chodzi o ilość obejrzanych filmów, zjedzonych cytrusów i serów pleśniowych czy wypitego wina statystycznie wyprzedzam kilkunastu innych Polaków razem wziętych. Wierząc w to, że tak zwany statystyczny Polak czyta jedną książkę rocznie mogłabym do listy dodać jeszcze ilość przeczytanych książek, ale z tej liczby akurat dumna nie jestem, chciałabym czytać dużo więcej. Obecnie mam w domu kilkanaście nieprzeczytanych książek, planuję się z nimi uporać do końca roku. Tego roku, żeby nie było ;)


Mniej więcej połowa dziennej dawki :D

Ta wielka szczota mnie przerosła.
Ktoś wie, jak tego użyć i nie wydłubać sobie oczu?

Lubię. 


Testuję. A raczej mój chłop testuje.
Ja nie jadam takich rzeczy.

Żeberek nie robię zbyt często.
Zniechęca mnie długi czas przygotowania i to, że nie tak łatwo znaleźć mięso, które nie ocieka tłuszczem.
Nie mam też jednego sprawdzonego patentu na marynatę.
Dzisiejszy przepis jest przepisany z mojego notatnika z różnościami.
Zazwyczaj przyrządzam dość wyraziste mięso, lubię w marynatach miód, zioła i chilli.
Żeberka z dzisiejszego wpisu są jednocześnie słodkie (miód i cukier/ksylitol) i pikantne (chilli, czosnek).
Jeżeli ktoś ma wrażliwe podniebienie, to ilość pikantnych składników można odpowiednio zmniejszyć.


Składniki:

  • kilogram dobrej jakości żeberek wieprzowych
  • 3-4 łyżki oleju (dowolnego, ja dałam kokosowy i sezamowy)
  • jedna spora papryczka chilli lub łyżeczka płatków chilli
  • 200 ml passaty pomidorowej
  • pół łyżeczki suszonego imbiru
  • pół łyżeczki cynamonu
  • 2 łyżki miodu
  • łyżka cukru/ksylitolu
  • płaska łyżeczka soli
  • płaska łyżeczka pieprzu
  • 4-5 gwiazdek anyżu
  • 6-8 ząbków czosnku
  • 3-4 łyżki stołowe sosu sojowego ciemnego
  • sok z połowy dużej cytryny


Umyte i osuszone żeberka kroimy na kawałki.
Wkładamy je do naczynia żaroodpornego (najlepiej takiego z przykryciem).
Wszystkie składniki marynaty łączymy ze sobą w misce.
Kiedy używamy całej papryczki chilli, to najlepiej jest ją bardzo drobno posiekać lub zetrzeć na tarce. Ząbki czosnku przeciskamy przez praskę lub siekamy.
Zalewamy mięso marynatą. Odstawiamy na 4-5 godzin do lodówki.
Pieczemy w temperaturze 200 stopni pod przykryciem przez godzinę.
Następnie zmniejszamy temperaturę do 180 stopni i pieczemy już bez przykrycia przez 30-40 minut.
Jak już pisałam, uwielbiam drzewne zapachy Kringle Candle.
Nie ma w nich słodyczy znanej z "drzewnych" WoodWicków.
Na pewno spodobają się fankom drzewnych zapachów.


WHITE  WOODS
"Zapach ten przynosi na myśl skojarzenia z zimowym spacerem przez las. Nuty drzewne w połączeniu z delikatnymi zapachami korzennych przypraw oraz wyraźnymi miętowymi akcentami sprawiają, że Biały las jest ciekawą propozycją na długie, chłodne wieczory."
Zapach jest typowo drzewny. Ma w sobie też coś mroźnego.
Przypomina mi skrzyżowanie Beach fire z Icicles.
Może z dodatkiem ostatnio opisywanych Kringle i Weldome home.
Bo faktem jest, że wszystkie te zapachy mają jakąś wspólną nutę.
Mocny, zdecydowanie męskawy, wyrazisty.
Po zapaleniu dużo ładniejszy niż "na sucho".

COZY  CABIN
"Poczuj przytulne ciepło chatki w malowniczym otoczeniu ośnieżonych gór. Otul się przyjemnymi aromatami z kominkowego paleniska. Ogrzej się przy zapachu drzewa cedrowego i klonu z delikatną, świeżą nutą chłodnego powietrza."
Tutaj nie wyczuwam tych chłodnych, mroźnych nut.
Zapach ma jednak w sobie głównie nuty dymne, jak drewno z kominka.
Również jest bardzo mocny i podobny do kilku innych zapachów.
Podobny, ale nie na tyle, żeby odpuszczać sobie kupno "bo to już było".
O nie, w dalszym ciągu to piękny, warty zakupu zapach.
I znowu ponarzekam porobię za pogodynkę.
Zzzzzzimnoooo! Protestuję! Chcę normalną jesień, a nie Syberię.
Niestety, wszystko wskazuje na to, że na razie cieplej nie będzie.
Pora wyciągnąć z szafy cieplejszy szal i czapkę.
Wolałabym teraz zapaść w jakiś sen zimowy czy coś.
A tu tylko przechodzę w tryb oszczędny.
Oszczędzam na jedzeniu, bo po lekach mam mdłości i jeść nie mogę.
Z innej beczki - Jessica Jones jest rozczarowaniem roku.
To dobry serial, ale "dobry" wcale nie jest żadnym wyczynem, nie zasługuje na zachwyt.
A liczyłam, że będzie rewelacyjny.

W końcu jest <3

Jedna z lepszych ekspresowych, ale i tak nie ma startu do liściastych z MyTea

Wcieram napar z kozieradki w skalp, podobno ma hamować wypadanie włosów. Zobaczymy. Na razie moje włosy śmierdzą rosołem.

Faza I - muszę spróbować.
Faza II - omamuniujakietoniedobre
Faza III - trauma do końca życia
A ja naprawdę lubię słony karmel. Tylko nie w towarzystwie przesłodzonej czekolady.

Znalezione w starej torbie, póki co jeden z lepszych filmów roku

Moje ulubione jesienne kolory.


Was też dotyczy całkowita niemoc zakupowa w grudniu?
Najpierw nie wiecie, co kupić, miotacie się, przeglądacie Allegro i ostatecznie odkładacie to na później.
A jak już doznajecie olśnienia (albo ktoś Wam łaskawie podpowie), to jest później niż "później" i biegacie po sklepach i robicie wszystko na ostatnią chwilę?
Prezenty dla typowych foodies to tak naprawdę bułka z masłem.
Jedna drobna wskazówka - w kuchni mało jest rzeczy, których może być "zbyt wiele".
Przykładowo: mam 10 mis do serwowania, ale i tak naprawdę ucieszyłabym się z kolejnej. Albo z trzech.
I tej zasady można śmiało się trzymać, pod warunkiem oczywiście, że osoba obdarowywana nie mieszka w mikroskopijnym mieszkaniu i nie narzeka ciągle na to, jak to strasznie nie ma na nic miejsca.
W kuchni zawsze wszystko się przyda, w każdych ilościach - kieliszki, patery, misy.
Nie oszukujmy się, nie ma chyba osób posiadających wszystko w minimalnej ilości typu jeden talerz/miska/widelec na osobę. Im więcej gadżetów, tym lepiej. I im bardziej są urocze, tym jeszcze lepiej.
Kupujmy rzeczy praktyczne (bo po co komuś coś, co będzie tylko stać i się kurzyć), ale też i ładne.
Funkcjonalne, ale nie do końca takie, jakie obdarowywana osoba kupiłaby sobie sama.
Bardziej fantazyjne/wyszukane/inne, niż dana osoba używa na co dzień.
Ikea, Empik, Duka, czy Home & you to tylko początek, pełno jest e-sklepów z podobnym asortymentem.
Jak to mówią "sky is the limit", ja Wam przedstawię moje przykładowe propozycje.
Wszystkie z nich pochodzą z trzech sklepów: Ikea, Home&you i a-Tab.
Są łatwe do namierzenia i nie zabijają ceną.



Co można kupić osobie lubiącej gotowanie i jedzenie?

Ładne kubki/filiżanki.
Kubków nigdy nie może być za dużo.
Jeżeli szafka się nie domyka, to oznacza tylko tyle, że mamy za mało szafek.
Przez "ładne kubki" rozumiem coś z trochę wyższej półki, niż kubki za 2 złote z Auchan znalezione pomiędzy wybieraniem makaronu, a poświęceniem całych cennych trzech minut na wybór piwa.
Niech nowe kubki cieszą oczy osoby nimi obdarowanej.
Można również pokusić się o zestaw kilku kubków lub o zestaw wzbogacony o dodatkowe akcesoria.








Akcesoria herbaciano/kawowe - dzbanki, zaparzacze.
Uwielbiam herbatę. Mam pełno zaparzaczy takich na jedną porcję.
Dużego dzbanka sama bym sobie pewnie nie kupiła. Na szczęście dostałam go rok temu w prezencie.
I teraz nie wyobrażam sobie poranka bez niego. Rewelacyjnie sprawdza się też, gdy mam gości. 
No i oczywiście jest świetnym patentem na prezent. Każdy miłośnik herbaty się ucieszy.





Bidony, butelki do zabierania na siłownię.
Idealny gadżet dla osoby ćwiczącej - czy to siłownia, bieganie, czy rower.
Pełno jest w sklepach atrakcyjnych wizualnie bidonów.
Niektóre mają dodatkowe wyposażenie, np. wkłady chłodzące czy miejsce na owoce.



Ładne szkło - szklanki czy kieliszki do wina.
Chyba każdy ma w domu zwykłe kieliszki z bezbarwnego szkła.
A przyjemniej pije się wino z bardziej fantazyjnych kieliszków.
Poszukajcie barwionego szkła lub nietypowych kształtów.






Patery, kosze, misy na owoce.
Bo nawet pospolite jabłka mogą się ładniej prezentować na blacie czy stole.









Funkcjonalne i ładne pojemniki na lunch.
Pewnie, że można nosić sobie obiad do pracy w pojemniku z Biedronki za 2,50 zł.
Ale można też sprawić sobie lub komuś solidniejszy pojemnik.
Silikonowe składane, z funkcją termosu, pojemniki na zupę.

Mleczniki, dzbanki do spieniania mleka.
Bardzo przydatne przy leniwych weekendowych śniadaniach.
I jakie urocze!



Zestawy do fondue.
Przydają się i w zimie do tradycyjnego fondue serowego i latem - do fondue z czekolady.
Jak dla mnie zdecydowanie lepsze, niż czekoladowe fontanny spotykane często na weselach.





Dzbanki i karafki na napoje.
Jak wyżej w przypadku kieliszków - ładne szkło jest zawsze w cenie.
Karafki na wodę czy wino przydadzą się w każdym domu.





Chlebak.
Większość chlebaków, jakie widuję u znajomych, to stare drewniane lub plastikowe.
Prawdę mówiąc, niezbyt są one urodziwe.
A można obecnie dostać bardzo ładne i funkcjonalne chlebaki.
Na przykład taki z bambusową deską w zestawie.



Akcesoria do pieczenia.
Zestawy foremek, silikonowe stolnice, wałki z wzorkami.
Wszystko dla miłośników pieczenia.
Moim hitem jest forma do wykrawania wielu ciastek jednocześnie.
Jest oszczędność czasu i nie ma zabawy ze skrawkami ciasta.








Słoje na ciastka.
Dla ciasteczkowych potworków. Żeby ciacha były dłużej świeże.





Młynki do przypraw.
Bo świeżo zmielony pieprz smakuje dużo lepiej, niż proszek z saszetki.




Fartuchy, ozdobne rękawice, bieżniki.
Po to, żeby udowodnić, że można w kuchni wyglądać ładnie.
I w estetyczny sposób chronić się przed uszkodzeniami ciała.
Zwłaszcza, jak jest się niezdarą.
P.S. Chciałabym być takim pierniczkiem ;)




Przyprawniki, solniczki, pieprzniczki, pojemniki na oliwę.
Bo nikt nie lubi walających się papierowych saszetek z przyprawami.
A solniczka i pieprzniczka wcale nie muszą być nudne i brzydkie.







Maselniczka.
Jeden z moich ulubionych kuchennych wynalazków.
Bo margaryna nie jest dla mnie wynalazkiem jadalnym.
A przechowując masło w lodówce mamy kamyczek niezdatny do rozsmarowania.
Masło idealnie jest przechowywać w maselnicy napełnionej wodą.




Tarka do sera z pojemnikiem.




Shaker do drinków.
Z przepisami. Lubię to!




Porządny kubek termiczny.
Bo przez zachwalany na Wizażu kubek z Biedronki mój portfel i parę innych rzeczy zakończyło swój żywot po kawowej powodzi na całą torbę.
Warto zainwestować w dobry kubek.




Taca do serwowania lub obrotowa taca na przekąski.
Zwłaszcza ta druga to niezastąpiony gadżet na domówce.
Każdy może sobie obrócić tacę w swoją stronę i sięgnąć po ulubione przekąski.





Waga kuchenna.
Na przykład taka w stylu retro.