... czyli męskie śniadanie.
Nie ma się co tutaj rozwodzić, nie jest to zdrowe, ale jest smaczne.
Ja jeść smażonych rzeczy nie mogę, ale mogę przynajmniej popatrzeć i się poślinić ;)
Chyba każdy niebędący wegetarianinem mężczyzna byłby zachwycony takim śniadaniem.
P.S. Czasami dogadzam sobie w podobny sposób, tylko nie tak tłusto - pełnoziarnistym tostem z duszonym szpinakiem z łyżką jogurtu i jajkiem w koszulce. Trochę zdrowiej, a tak samo pysznie. Ale ciiiiiii ;)
Składniki na jedną porcję:
- kilka cienkich plastrów boczku
- dwa jajka (lub więcej)
- dymka - cebulka i szczypiorek
- sól, pieprz
- olej lub masło klarowane do smażenia
Na rozgrzanym tłuszczu podsmażamy drobno posiekaną cebulkę i boczek.
Przy przewracaniu boczku na drugą stronę należy dopilnować, by cebulka znajdowała się na nim, a nie pod nim, inaczej się spali.
Wbijamy jajka i smażymy bez przewracania, aż biało będzie ścięte.
Solimy i pieprzymy do smaku już na talerzu, posypujemy całość świeżym szczypiorkiem.
Pieczone ziemniaki to obiad, który robi się sam.
Aktywne przygotowywanie trwa może dwie minuty.
Niestety ziemniaki pieczone w całości wymagają długiej obróbki cieplnej, więc nie nadają się na szybki obiad.
Składniki na dwie porcje:
- cztery średniej wielkości młode ziemniaki
- kilka plastrów boczku
- sól, pieprz
- kwaśna śmietana
- świeży szczypiorek
- wędzona papryka w proszku
W ziemniakach robimy w poprzek kilka nacięć, jak do klasycznych hasselbacków, tylko w większych odstępach.
Do nacięć wkładamy kawałki boczku, całość solimy i pieprzymy.
Zawijamy ziemniaki w delikatnie wysmarowaną masłem folię aluminiową.
Pieczemy przez 75-80 minut w 170 stopniach, do miękkości.
Podajemy z kleksem śmietany, szczypiorkiem i posypane papryką.
Systematyczność mnie czasem przerasta, podobnie jak multitasking.
Tak, jest to próba wytłumaczenia, dlaczego nie dodaję za wielu nowych postów, mimo, że na dysku zalega mi z 50 zdjęć, o ile nie więcej, wolę nie liczyć.
Nie wiem, jakim cudem kiedyś udawało mi się dodawać codziennie/prawie codziennie nowe posty, po prostu nie mam bladego/zielonego/jakiegokolwiek innego pojęcia.
Lada dzień mój blog będzie miał rok, a moja motywacja, hmmm... no pozostawia trochę do życzenia. Albo i trochę więcej, niż tylko trochę.
Gdyby ktoś miał wątpliwości - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że mój blog to po prostu kolejny amatorski kulinarny wypierdek w gąszczu innych niczym się nie wyróżniających wypierdków.
No cóż, przynajmniej ładnie wygląda. Szablon mam na myśli, żeby nie było. Zdjęcia dalej robię telefonem i prędko się to nie zmieni, jeżeli w ogóle.
Czasami się zastanawiam, czy nie wolałabym pisać o filmach. Albo pisać opowiadania. W sumie pewnie bym wolała.
Są jednak trzy rzeczy, które mnie powstrzymują.
1. Wspomniana wyżej systematyczność. A raczej problemy z nią. Coraz poważniejsze problemy, bo przeważnie niewiele mam na swoje usprawiedliwienie.
2. Lenistwo. Najzwyklejszy na świecie syndrom Na tapczanie siedzi leń, g**** robi cały dzień. Zanim posypią się gromy - nie jestem leniem ogólnie, nie preferuję spędzania czasu na kanapie, ale jeśli chodzi o blogowanie, to potrafię Bloggera omijać szerokim łukiem przez tydzień albo dwa. Prawdę mówiąc wolę iść pobiegać/poczytać/spotkać się ze znajomymi, niż siedzieć przed komputerem. I tyle. A posty same się nie dodadzą, niestety.
3. Moja kreatywność chyba umiera wraz z wiekiem. Tak, wkroczyłam już chyba w wiek, gdzie jedynym głównym powodem radości z kolejnych urodzin są prezenty. Kto nie lubi prezentów?
Ewentualnie moja samokrytyka rozwija siÄ™ z wiekiem, cholera jÄ… wie.
Dobra, kuniec tego pseudofilozoficznego blablania o bólu pewnej części ciała.
Swoją drogą, zauważyłam, że ból ten częściej dotyka osoby wchodzące z Bóg-w-którego-nie-wierzę-wie-jakiego-powodu na mojego bloga, niż mnie.
Powiem tylko, że nigdy, przenigdy nie zrozumiem większego zainteresowania życiem "kogoś z internetów", kogoś, kogo nawet nie znam, niż swoim własnym.
Ale już jako dzieciak miałam świadomość tego, że ludzie w najlepszym wypadku są dziwni.
Pora na przepis, wszak jedzenie jest dobre na wszystko. Dobre jedzenie jest dobre na wszystko.
Makaron jest dobry na wszystko. Zawsze. Bez dyskusji.
Takie trochÄ™ comfort food, jak dla mnie.
Spaghetti all'Amatriciana. Z pancettą, białym winem i chilli.
Składniki na dwie porcje:
- makaron spaghetti - 250 g
- 100 g pancetty
- 2 plasterki szynki parmeńskiej/serrano
- jedna spora szalotka
- 200 ml passaty z pomidorów
- łyżka oliwy
- opcjonalnie kilka plasterków włoskiego salami
- 50 ml białego wytrawnego wina
- szczypta suszonych płatków chilli, świeżo mielony pieprz do smaku
- tarty parmezan/grana padano
Na patelni rozgrzewamy oliwę, podsmażamy na niej szalotkę posiekaną w cienkie piórka.
Dodajemy pokrojone w kostkę pancettę, szynkę i salami, smażymy do zrumienienia.
Podlewamy winem, po około dwóch minutach dodajemy passatę, można jeszcze dodać krojone pomidory z puszki/świeże pomidory. Zagotowujemy, po czym zmniejszamy ogień i dusimy przez około 45 minut.
W międzyczasie gotujemy makaron.
Na koniec duszenia doprawiamy sos do smaku chilli i pieprzem.
Podajemy makaron z sosem posypany sporą ilością parmezanu.