Was też dotyczy całkowita niemoc zakupowa w grudniu?
Najpierw nie wiecie, co kupić, miotacie się, przeglądacie Allegro i ostatecznie odkładacie to na później.
A jak już doznajecie olśnienia (albo ktoś Wam łaskawie podpowie), to jest później niż "później" i biegacie po sklepach i robicie wszystko na ostatnią chwilę?
Prezenty dla typowych foodies to tak naprawdę bułka z masłem.
Jedna drobna wskazówka - w kuchni mało jest rzeczy, których może być "zbyt wiele".
Przykładowo: mam 10 mis do serwowania, ale i tak naprawdę ucieszyłabym się z kolejnej. Albo z trzech.
I tej zasady można śmiało się trzymać, pod warunkiem oczywiście, że osoba obdarowywana nie mieszka w mikroskopijnym mieszkaniu i nie narzeka ciągle na to, jak to strasznie nie ma na nic miejsca.
W kuchni zawsze wszystko się przyda, w każdych ilościach - kieliszki, patery, misy.
Nie oszukujmy się, nie ma chyba osób posiadających wszystko w minimalnej ilości typu jeden talerz/miska/widelec na osobę. Im więcej gadżetów, tym lepiej. I im bardziej są urocze, tym jeszcze lepiej.
Kupujmy rzeczy praktyczne (bo po co komuś coś, co będzie tylko stać i się kurzyć), ale też i ładne.
Funkcjonalne, ale nie do końca takie, jakie obdarowywana osoba kupiłaby sobie sama.
Bardziej fantazyjne/wyszukane/inne, niż dana osoba używa na co dzień.
Ikea, Empik, Duka, czy Home & you to tylko początek, pełno jest e-sklepów z podobnym asortymentem.
Jak to mówią "sky is the limit", ja Wam przedstawię moje przykładowe propozycje.
Wszystkie z nich pochodzą z trzech sklepów: Ikea, Home&you i a-Tab.
Są łatwe do namierzenia i nie zabijają ceną.



Co można kupić osobie lubiącej gotowanie i jedzenie?

Ładne kubki/filiżanki.
Kubków nigdy nie może być za dużo.
Jeżeli szafka się nie domyka, to oznacza tylko tyle, że mamy za mało szafek.
Przez "ładne kubki" rozumiem coś z trochę wyższej półki, niż kubki za 2 złote z Auchan znalezione pomiędzy wybieraniem makaronu, a poświęceniem całych cennych trzech minut na wybór piwa.
Niech nowe kubki cieszą oczy osoby nimi obdarowanej.
Można również pokusić się o zestaw kilku kubków lub o zestaw wzbogacony o dodatkowe akcesoria.








Akcesoria herbaciano/kawowe - dzbanki, zaparzacze.
Uwielbiam herbatę. Mam pełno zaparzaczy takich na jedną porcję.
Dużego dzbanka sama bym sobie pewnie nie kupiła. Na szczęście dostałam go rok temu w prezencie.
I teraz nie wyobrażam sobie poranka bez niego. Rewelacyjnie sprawdza się też, gdy mam gości. 
No i oczywiście jest świetnym patentem na prezent. Każdy miłośnik herbaty się ucieszy.





Bidony, butelki do zabierania na siłownię.
Idealny gadżet dla osoby ćwiczącej - czy to siłownia, bieganie, czy rower.
Pełno jest w sklepach atrakcyjnych wizualnie bidonów.
Niektóre mają dodatkowe wyposażenie, np. wkłady chłodzące czy miejsce na owoce.



Ładne szkło - szklanki czy kieliszki do wina.
Chyba każdy ma w domu zwykłe kieliszki z bezbarwnego szkła.
A przyjemniej pije się wino z bardziej fantazyjnych kieliszków.
Poszukajcie barwionego szkła lub nietypowych kształtów.






Patery, kosze, misy na owoce.
Bo nawet pospolite jabłka mogą się ładniej prezentować na blacie czy stole.









Funkcjonalne i ładne pojemniki na lunch.
Pewnie, że można nosić sobie obiad do pracy w pojemniku z Biedronki za 2,50 zł.
Ale można też sprawić sobie lub komuś solidniejszy pojemnik.
Silikonowe składane, z funkcją termosu, pojemniki na zupę.

Mleczniki, dzbanki do spieniania mleka.
Bardzo przydatne przy leniwych weekendowych śniadaniach.
I jakie urocze!



Zestawy do fondue.
Przydają się i w zimie do tradycyjnego fondue serowego i latem - do fondue z czekolady.
Jak dla mnie zdecydowanie lepsze, niż czekoladowe fontanny spotykane często na weselach.





Dzbanki i karafki na napoje.
Jak wyżej w przypadku kieliszków - ładne szkło jest zawsze w cenie.
Karafki na wodę czy wino przydadzą się w każdym domu.





Chlebak.
Większość chlebaków, jakie widuję u znajomych, to stare drewniane lub plastikowe.
Prawdę mówiąc, niezbyt są one urodziwe.
A można obecnie dostać bardzo ładne i funkcjonalne chlebaki.
Na przykład taki z bambusową deską w zestawie.



Akcesoria do pieczenia.
Zestawy foremek, silikonowe stolnice, wałki z wzorkami.
Wszystko dla miłośników pieczenia.
Moim hitem jest forma do wykrawania wielu ciastek jednocześnie.
Jest oszczędność czasu i nie ma zabawy ze skrawkami ciasta.








Słoje na ciastka.
Dla ciasteczkowych potworków. Żeby ciacha były dłużej świeże.





Młynki do przypraw.
Bo świeżo zmielony pieprz smakuje dużo lepiej, niż proszek z saszetki.




Fartuchy, ozdobne rękawice, bieżniki.
Po to, żeby udowodnić, że można w kuchni wyglądać ładnie.
I w estetyczny sposób chronić się przed uszkodzeniami ciała.
Zwłaszcza, jak jest się niezdarą.
P.S. Chciałabym być takim pierniczkiem ;)




Przyprawniki, solniczki, pieprzniczki, pojemniki na oliwę.
Bo nikt nie lubi walających się papierowych saszetek z przyprawami.
A solniczka i pieprzniczka wcale nie muszą być nudne i brzydkie.







Maselniczka.
Jeden z moich ulubionych kuchennych wynalazków.
Bo margaryna nie jest dla mnie wynalazkiem jadalnym.
A przechowując masło w lodówce mamy kamyczek niezdatny do rozsmarowania.
Masło idealnie jest przechowywać w maselnicy napełnionej wodą.




Tarka do sera z pojemnikiem.




Shaker do drinków.
Z przepisami. Lubię to!




Porządny kubek termiczny.
Bo przez zachwalany na Wizażu kubek z Biedronki mój portfel i parę innych rzeczy zakończyło swój żywot po kawowej powodzi na całą torbę.
Warto zainwestować w dobry kubek.




Taca do serwowania lub obrotowa taca na przekąski.
Zwłaszcza ta druga to niezastąpiony gadżet na domówce.
Każdy może sobie obrócić tacę w swoją stronę i sięgnąć po ulubione przekąski.





Waga kuchenna.
Na przykład taka w stylu retro.


Jedzenie, podróże, wino i kino - tak można podsumować moje upodobania.
To moje absolutnie cztery ulubione rzeczy na świecie.
I lubię je ze sobą łączyć - nie ma to jak dobry film przy lampce wina i pysznym jedzeniu.
Albo film, w którym jedzenie jest istotnym elementem fabuły.
Dzisiaj Wam opowiem o moich ulubionych produkcjach z apetycznym tłem :)

źródło: film.org.pl
HANNIBAL
Dla mnie to jeden z najlepszych seriali ostatnich lat - tak, wliczając w to kontrowersyjny trzeci sezon.
Na dokładnie odtworzone potrawy Hannibala nie skusiłabym się z wiadomych względów, ale gdyby miały być tym, czym najsłynniejszy filmowy kanibal twierdził, że są, to chętnie dałabym się zaprosić na ucztę.
Wszystkie potrawy w serialu wyglądały nieziemsko, były niesamowicie dopracowane, nie są to rzeczy, jakie gotuje się (nawet od święta) w każdym polskim domu.
Nie pogardziłabym również piękną, dużą kuchnią doktora Lectera i spiżarnią, w której hodował świeże zioła.


źródło: lasignorinachocolate.wordpress.com
CZEKOLADA
Tutaj jakiekolwiek wyjaśnienia są zbędne.
Praliny, gęsta gorąca pitna czekolada - czy jest ktoś odporny na taki cuda na ekranie?


źródło: entertainmentwallpaper.com
JULIE  &  JULIA
Film o blogerce przyrządzającej dania z książki Julii Child jest pewnie większości z Was znany.
Mistrzowska obsada i przyjemna fabuła sprawiają, że lubię do tego filmu wracać.
Przyznam jednak, że nigdy nie podjęłabym się takiego wyzwania, jak Julie, za często mam dzień lenia ;)


źródło: youtube.com
THE  LUNCHBOX / SMAK  CURRY
Film potrafi też być niezłym sposobem na to, by odrobinę zapoznać się z obcą dla nas kulturą.
W filmie Smak curry możemy podejrzeć życie mieszkańców Indii.
Jest to ciekawe doświadczenie, ich kultura jest całkowicie inna od europejskiej.
To samo dotyczy kuchni - warto przyjrzeć się najpopularniejszym potrawom :)


źródło: littlerabbitbakery.com
MY  BLUEBERRY  NIGHTS / JAGODOWA  MIŁOŚĆ
Tutaj w sumie nie było niesamowitych ilości jedzenia. Był tylko placek z jagodami.
I niesamowity klimat i muzyka. A placek? Typowe amerykańskie ciasto typu pie. Z lodami. Apetyczne.
Od niego film się zaczyna i nim się kończy. Czego chcieć więcej?


źródło: clatl.com
EAT,  PRAY,  LOVE / JEDZ,  MÓDL  SIĘ,  KOCHAJ
Ekranizacja bestsellerowej książki z Julią Roberts w roli głównej.
Bohaterka grana przez Julię rzuca wszystko i uczy się życia od nowa.
Odwiedza Bali, Włochy i Indie. Jak nietrudno się domyślić, to drugie miejsce wiąże się z tytułowym jedzeniem.
Mamy makarony, pizze, wina, wszystko, co najlepsze w wyśmienitej włoskiej kuchni.
Po czasie spędzonym w słonecznej Italii główna bohaterka przestaje mieścić się w swoje ubrania.
Wcale się nie dziwię ;)


źródło: randomactsofnetflix.wordpress.com
FLAKES
Jak widać na zdjęciu, ważną rolę w filmie pełnią płatki śniadaniowe.
Ale nie zwykłe marketowe płatki, które stoją w szafce w każdym domu, o nie.
Edycje kolekcjonerskie, limitowane, niedostępne od dawna na rynku, jakie tylko sobie wymarzycie - na pewno w barze prowadzonym przez głównego bohatera je dostaniecie ;)
Nie spotkałam się w Polsce jeszcze z barem płatkowym, mnie osobiście taki pomysł bardzo się podoba.


źródło: thewire.com
THE  HUNDRED-FOOT  JOURNEY / PODRÓŻ  NA  STO  STÓP
I znowu kuchnia rodem z Indii. Ale nie tylko, bo zmiksowana z bardziej wyszukanym jedzeniem.
Mamy młodego aspirującego kucharza pochodzącego z Indii i mamy francuską restaurację nagradzaną gwiazdkami Michelin.
Jest sympatycznie i apetycznie, można zgłodnieć w trakcie seansu.


źródło: thepatricianpalette.com
TOAST
Film na podstawie autobiograficznej książki Nigela Slatera.
W gruncie rzeczy to dość smutny film.
Ale potrawy słodkie wypieki w nim ukazane są wyborne.
Widoczna na zdjęciu tarta cytrynowa z bezą śni mi się po nocach.
Niestety marny piekarnik sprawia, że mogę sobie o takiej najwyżej pomarzyć.


źródło: moretimetotravel.com
CHEF
Food trucki są bardzo na czasie.
W filmie mamy ekipę przyrządzającą kubańskie sandwicze.
Z mięsem i piklami. I mimo, że nie znoszę pikli, to muszę przyznać, że wyglądają apetycznie.
Pokazano w filmie też proces wybierania składników.
Podoba mi się to, że film niejako wykorzystuje ideę slow food, wszystko jest dopracowane.
Składniki są starannie wybrane - najwyższej jakości świeże warzywa, dobre mięso.
Takie gotowanie lubię :)


Co łączy filmy z jedzeniem w tle (wyłączając Hannibala oczywiście, bo to zupełnie inna bajka)?
Ciepło aż bijące z ekranu - sympatyczni bohaterowie i wszechobecne happy endy.
To poprawiacze humoru, do których chce się wiele razy wracać.
Miłości do zapachów Yankee Candle się nie wyprę, to wśród wosków tej marki mam najwięcej swoich ulubieńców. Z kolei, jak tydzień temu pisałam, z woskami WoodWick niezbyt się polubiłam.
A jak jest z woskami Kringle Candle?
Cóż, po przetestowaniu ponad 30 zapachów mam już swoją teorię.
Zapachy typowo "spożywcze", ciasteczkowe w wykonaniu KC mi nie podchodzą.
Miałam Lemon meringue pie, Blueberry muffin, Cheesecake brownie i kilka innych.
I wszystkie, z Hot chocolate na czele, były płaskie, mdłe i irytujące.
Kwiaty? Zapachy kwiatowe poza paroma wyjątkami to chyba też nie moja bajka.
Peony, Fresh lilac, French lavender, Petals in water, Fields of heather.
Wszystkie były dla mojego nosa średnie, znam dużo ładniejsze kwiatki od YC.
Za to są dwie grupy zapachów, które czynią markę Kringle Candle bezkonkurencyjną.
Zapachy męskie i korzenne/świąteczne.
Grey, Slate, Secrets, Lighthouse point, Covered bridge, Tranquil waters i wszelkie dynie.
Moim hitem jest opisywany już na blogu jakiś czas temu Pumpkin frosting, cudo.
Dzisiaj skupię się na typowo zimowych, świątecznych zapachach.
I mały spoiler - wszystkie z nich są cudne!


KRINGLE
"Spełnienie świątecznych życzeń. Zapach bogaty w cudowne nuty piżma, drzewa cedrowego i goździków."
Zapach faktycznie jest drzewno-piżmowy, nawet powiedziałabym, że lekko kadzidlany.
Dla mnie piękny. Ma w sobie coś z zapachu drewna palącego się w kominku.
Coś z choinki i coś z korzennych przypraw, ale na pewno nie są one nutą dominującą.
Jedyne, do czego mogę się przyczepić to moc. Jedynie średnia.
A jest to zapach z tych, którym killerowata moc jedynie dodaje uroku.
Szkoda. Zapach jest piękny i idealnie pasuje na zimne grudniowe wieczory.

GINGER  SNOW  ANGEL
"Wosk o urzekającej mieszance aromatycznych przypraw - imbiru, cynamonu, goździków, gałki muszkatołowej i brązowego cukru."
Tutaj jest moc. Bardzo solidna moc - taka, jak lubię.
Wosk szybko zapełni swoim zapachem kilkadziesiąt metrów kwadratowych przestrzeni.
Do tego również jest piękny, mocno korzenny, imbirowy, ja wyczuwam też coś cytrusowego.
Ale nie typowe cytrusy, bardziej jak cytrusowe ciastko biszkoptowe.
Bardzo apetyczny zapach.

WELCOME  HOME
"Wosk o aromatycznym połączeniu przypraw, zapachu świeżo upieczonego chleba i ciepłego paleniska."
Welcome home również jest typowym killerem. Bardzo mocny, piękny zapach.
Ale ja nie wyczuwam w nim ani paleniska, ani chleba.
Wyczuwam za to całą tonę cynamonu i kompot ze śliwek.
Zdecydowanie "spożywczy" zapach. Jesienny, otulający.
O ile jako takiego dymnego aromatu można się na siłę doszukiwać, o tyle chleba tu nie ma.
Ale i bez niego jest bardzo apetycznie.
Chorowanie ma swoje plusy. No, właściwie jeden plus - dużo wolnego czasu.
Nadrobiłam całe Gotham, które rok temu uznałam za słaby serial, a teraz zmieniłam zdanie.
Przeczytałam "napoczęte" kiedyś książki, obejrzałam sporo filmów.
Zrobiłam kilka rzeczy, za które miałam się zabrać dawno temu, ale jakoś było mi nie po drodze.
I niestety, mimo, że lubię jesień, to muszę ponarzekać dziś na pogodę.
Ja wiem, że już prawie grudzień, ale płakać mi się chce na myśl o tym, że temperatura z ok. 10 stopni spadła w okolice zera i cienki bawełniany wiosenno-jesienny płaszczyk będę musiała zamienić na wełniany.
Mam nadzieję, że chociaż śniegu dłuuugo jeszcze nie zobaczę.
A z innej beczki, suchy szampon z Biedronki był chyba najgorszym zakupem ever.
Już rossmannowa Isana sprawdza się o wiele lepiej i nie wypluwa z opakowania połowy zawartości za jednym zamachem. Tak, wydajność biedronkowego szamponu jest tragiczna.

Taki ładny jesienny wczesny poranek


Świątecznie mi <3

Kocham karmelizowane owoce


Moje zakupy ze wszystkich rossmannowych promocji, chyba pierwszy raz stwierdziłam, że prawie niczego mi nie trzeba ;)

I wspomnienie lata na koniec ;)

Przez tę cudowną pogodę i deszcz co godzinę, a raczej przez to, że kilka dni temu mój bardzo lichy parasol przegrał walkę z wiatrem i mocno zmokłam znowu bierze mnie grypa.
A co oprócz rosołu jest idealne na grypę? Coś rozgrzewającego, z dużą ilością papryki, czosnku i pieprzu.
Dania jednogarnkowe. Dla mnie są one zdecydowanie jesienne, ewentualnie późnoletnie, w sezonie na warzywa idealne do duszenia z mięsem. Leczo, gulasze, kasze z warzywami.
Dzisiaj zielona soczewica z kiełbasą (można zastąpić ją mięsem w kawałkach albo pominąć) i papryką.
Dzięki różnym rodzajom papryki nie jest to płaski smak, fanom dań gulaszowych polecam zastąpienie kiełbasy pokrojonym w kostkę udźcem wołowym bez kości.


Składniki na 4-5 porcji:

  • 200 g zielonej soczewicy (dwie torebki)
  • 300 g dobrej kiełbasy
  • 3 papryki: czerwona, zielona i żółta
  • litr passaty pomidorowej
  • dwie szklanki bulionu
  • 3-4 ząbki czosnku
  • cebula
  • sól, pieprz, rozmaryn, majeranek, chilli do smaku
  • łyżka oleju do smażenia


Kiełbasę kroimy na półplasterki, cebulę siekamy drobno.
Podsmażamy kiełbasę z cebulą przez 4-5 minut, następnie dodajemy soczewicę i zalewamy ją bulionem.
Paprykę kroimy na niewielkie kawałki, mogą być cienkie plasterki.
Dodajemy paprykę do soczewicy z kiełbasą, mieszamy.
Gdy ziarna wchłoną już cały bulion zalewamy je passatą.
Dodajemy czosnek i przyprawy i dusimy na małym ogniu aż soczewica i papryka będą miękkie.
Lubię marchewki. Bardzo.
Czasami kilka marchewek i ogórków kroję w słupki i podgryzam w ciągu dnia.
Lubię marchewkowe ciasto, zupy, surówki.
To kolejne bardzo uniwersalne warzywo, samą zupę można zrobić na wiele sposobów.
Dzisiejsza wersja jest pikantna, ma w sobie czosnek i chilli.
Idealnie pasuje na chłodne i mokre jesienne dni, od razu rozgrzewa.
Lubicie marchewki?



Składniki na 4 porcje:

  • 1,5 l bulionu warzywnego
  • 4 spore marchewki, obrane i pokrojone w talarki
  • jedna duża cebula
  • jedna łodyga selera naciowego
  • 3 ząbki czosnku
  • suszone płatki chilli, sól, pieprz - według uznania
  • 2 łyżki masła
  • mielona papryka słodka i ostra - po pół łyżeczki


W garnku rozpuszczamy masło i podsmażamy na nim warzywa (marchewkę, drobno posiekaną cebulę, przeciśnięty przez praskę czosnek i posiekaną łodygę selera) przez 2-3 minuty.
Zalewamy je następnie bulionem i gotujemy aż marchewka będzie miękka - ok. 30 minut.
Pod koniec gotowania doprawiamy papryką, chilli, solą i pieprzem.
Gotową zupę miksujemy na gładki w konsystencji krem.
Podajemy ze śmietaną/jogurtem i pietruszką lub szczypiorkiem.

UWAGA
Płatki chilli mają niezłą moc, więc lepiej uważać z dozowaniem, żeby nie przedobrzyć.
Można je oczywiście zastąpić mieloną papryczką chilli.
W mojej woskowej kolekcji jest dużo produktów różnych marek.
Najwięcej mam oczywiście wosków i samplerów Yankee Candle.
Ale w kolekcji znajduje się też kilkanaście wosków Kringle Candle i kilkanaście świeczek votive Village Candle.
Miałam też okazję przetestować kilka wosków WoodWick.
Te, które widać na zdjęciu i jeszcze dwa inne.
Dzisiaj skupię się na tych ze zdjęcia i napiszę dlaczego już do tej marki nie wrócę.


Patrząc na nazwy zapachów i ich opisy spodziewałam się wielkiego "WOW".
Opakowania są genialne, lepsze nawet od wosków Kringle.
Paski wosku łatwo połamać na 4 kosteczki, przechowywanie to sama przyjemność.

Jednak jeżeli chodzi o same zapachy, to marka ta jest wielkim rozczarowaniem.

Beach boardwalk
"Zapach bryzy morskiej, białego piasku oraz waniliowych gofrów pieczonych w nadmorskiej kawiarence"
Nie ma tu piasku, nie ma bryzy. Są ciastka. Czy to waniliowe gofry? Nie wiem, czuję tylko tonę cukru.
Zapach do bólu słodki, płaski i nijaki. Na początku może się podobać, po kwadransie drażni.
Potem jest już tylko gorzej. A po około dwóch godzinach wosk przestaje pachnieć.

Vineyard nights
"Połączenie akordów czerwonego wina z żywymi nutami śliwki, zielonej figi na bazie ciepłego piżma"
Jak wyżej: nie ma wina, nie ma piżma, są ciastka, dużo ciastek, dużo cukru. Jest mdło i słodko.
A nie miało być ani mdło, ani tym bardziej słodko. Z trwałością jest jak wyżej.

Fireside
"Naturalny zapach ambry, wetiweru i piżma – idealnie uchwycona esencja przytulnego wieczoru przy rozgrzewającym ogniu"
Tutaj już stwierdziłam, że ta marka chyba po prostu tak ma i znajdę ciastka w każdym ich zapachu.
Niezależnie od tego, czy zapach jest męski, drzewny, korzenny, owocowy, czy typowo spożywczy.
WSZYSTKO pachnie ciastkami, WSZYSTKO jest bardziej słodkie, niż być powinno.

Oprócz tych zapachów miałam jeszcze Linen i Vintage leather.
I tak, wbrew wszelkiej logice też były słodkie i "ciastkowe".
Dusząc w sobie mdłości po wypaleniu jednej kostki każdego wspomnianego w poście zapachu poddałam się i zakończyłam definitywnie swoją przygodę z marką WoodWick.
Zawiodłam się przeokrutnie, bo nadzieje miałam spore, opisy zapachów kusiły niesamowicie przez długi czas.
Strzelające w paleniu knoty i świece Trilogy bardzo mnie kusiły, ale nic z tego, nie chcę ciastek.
Poza tym ta trwałość. Woski WoodWick są wyraźnie droższe od wosków Yankee Candle.
Woski YC kosztują 7zł, a woski WW 8,50-8,90 zł za taką samą wagę - 22 g.
I 1/4 wosku YC pachnie intensywnie przez 4 godziny, a WW po 2 godzinach nie czuć.
Moim zdaniem to nieopłacalne. Zapachy płaskie, pozbawione głębi i kompletnie nietrwałe.