Owsianka nie jest moim ulubionym śniadaniem, ale czasami mam na nią ochotę. Ochota ma to do siebie, że przychodzi znienacka i wtedy w ruch idą płatki błyskawiczne, ale czasem zaplanuję sobie weekendowe śniadanie z wyprzedzeniem.
Wtedy zalewam płatki na noc wodą i rano dalej się z nimi "bawię".
Ta owsianka jest słodka, idealna na leniwe niedzielne śniadanie.



Składniki na dwie porcje:

  • 100 g płatków owsianych
  • szklanka wody
  • szklanka mleka
  • 3-4 łyżki cukru trzcinowego/miodu/syropu klonowego (u mnie syrop)
  • 50 g białej czekolady posiekanej na kawałki
  • garść jagód goji
  • szczypta soli



Płatki wrzucamy do rondelka, zalewamy wodą i odstawiamy na noc.
Rano doprowadzamy do wrzenia, gotujemy przez ok. 2-3 minuty.
Dolewamy mleko i gotujemy do zgęstnienia, dodajemy sól, cukier/miód/syrop, czekoladę i jagody, podajemy od razu.
Lubię szybkie przepisy, w których nie można nic sknocić.
Bo muszę się przyznać, że jeżeli gotując bardziej skomplikowane danie nie mam przed oczami przepisu, to czasami zdarza mi się zapomnieć o składnikach. I potem jest płacz "Zapomniałam"...
Na szczęście ten przepis jest bardzo prosty, nie zawiera dużej liczby składników, a czas pieczenia tych babeczek jest krótki. 
Idealny szybki deser :)


Składniki:
  • 2 szklanki mąki
  • szklanka cukru
  • dwie białe czekolady
  • duża cytryna - skórka i sok
  • szklanka mleka
  • pół szklanki oleju
  • 3 jajka
  • łyżeczka proszku do pieczenia



Suche składniki mieszamy w jednej misce, mokre w drugiej, potem je łączymy ze sobą. 
Czekoladę kroimy na małe kawałeczki, wsypujemy je do ciasta.
Cytrynę myjemy, ścieramy z niej skórkę i dodajemy do ciasta, następnie wyciskamy z niej sok i również dolewamy go do ciasta. Mieszamy.

Napełniamy foremki ciastem do 2/3 wysokości i pieczemy przez 15-20 minut w nagrzanym do 180 stopni piekarniku.
Upiekłam ostatnio tak dużo ciastek, że już wszystkim się zdążyły znudzić, nawet kolegom z pracy mojego mężczyzny.
Prawdę mówiąc nie sądziłam, że wyjdzie ich aż tyle, ale co tam - nie zmarnują się. W zamkniętym opakowaniu mogą sobie długo leżeć bez szkód na ich jakości.
Inspiracją do upieczenia ich było rozczarowanie kupione w Biedronce - Bonitki z żurawiną i białą czekoladą.
Biedronkowe ciacha mi nie smakowały, ale naszło mnie na połączenie czekolady i żurawiny.
Więc kupiłam żurawinę (akurat była mieszanka żurawiny i nerkowców, więc stwierdziłam, że zrobię ciacha w dwóch wersjach) i przystąpiłam do dzieła. No dobra, może nie od razu, najpierw stwierdziłam, że mi się nie chce, ale to materiał na inną historię, niekoniecznie taką, z której jestem dumna.
Ale wracając do tematu: ciastka nie są ani praco- ani za bardzo czasochłonne, nie wymagają też wybitnych umiejętności.
Nie trzeba też do nich miliona różnych składników, prawdopodobnie to jedne z najprostszych w przygotowaniu ciastek na świecie ;)

U góry żurawina & biała czekolada, na dole nerkowce & gorzka czekolada

Składniki na całkiem sporo ciasteczek:

  • 300 g mąki pszennej
  • kostka masła (200 g)
  • 100 g drobnego cukru, może być trzcinowy
  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 100 g deserowej czekolady
  • 100 g suszonej żurawiny
  • 100 g orzechów nerkowca




Masło podgrzewamy, by było miękkie (nie dopuszczamy jednak do całkowitego roztopienia).
Mieszamy je z cukrem. Następnie stopniowo dodajemy mąkę i zagniatamy ciasto. Posiekane orzechy i czekoladę oraz żurawinę możemy dodać do misy z ciastem po jego wyrobieniu bądź "wciskać" je w gotowe uformowane ciasteczka. Ja swoje dodatki wrzuciłam do ciasta, dlatego ich zawartość w poszczególnych ciastkach była różna.
Swoje ciasto podzieliłam na dwie części, do każdej dodałam odpowiednie dodatki, zagniotłam każdy kawałek ciasta na kształt chleba, owinęłam folią i schowałam do lodówki na półtorej godziny.
Po upływie tego czasu rozgrzałam piekarnik do 180 stopni, każdy ciasteczkowy "chlebek" rozwałkowałam na podłużny cienki wałek, który pokroiłam na mniejsze kawałeczki. W dłoniach z każdego kawałeczka uformowałam ciastko. Ciasteczka układałam na papierze do pieczenia zachowując ok. 1 cm odstępu.
Ciastka pieczemy przez 10-12 minut.
Moje okazały się trochę za grube, warto więc je spłaszczyć bardziej, niż widać na zdjęciu.
Po ostudzeniu ciastka warto włożyć do jakiegoś w miarę szczelnego opakowania.
Dawno, dawno temu w każdym sklepie, mniejszym czy większym można było kupić białą czekoladę LaFesta. 
A zacny to był napój, tylko mało wydajny. Ale co tam, za to jaki dobry.
Pewnego dnia czekolada ze sklepów zniknęła. Zniknęła z małych osiedlowych sklepików, gdzie bułka kosztuje tyle, co Snickers w Tesco, zniknęła też z wielkich marketów i nikt jej już nigdy nie widział.




Długo nosiłam się z zamiarem zrobienia sobie domowej białej czekolady, nie wiem właściwie dlaczego, skoro to szybkie i proste jak budowa cepa.
Podstawa to 200 ml mleka i 1/3 standardowe stugramowej tabliczki białej czekolady (ja użyłam Fin Carre z Lidla).
Czekoladę należy połamać na kawałki, wrzucić do garnuszka, zalać kilkoma łyżkami mleka i rozpuścić na małym ogniu. Po rozpuszczeniu dolewamy resztę mleka i podgrzewamy.
Można dodać kardamon, ja jednak wolę "czysty" smak białej czekolady, przypomina mi beztroskie czasy, kiedy byłam piękna i młoda, a w stołecznych sklepach można było dostać LaFestę.

Niedawno w Lidlu był tydzień alpejski. Na pierwszy rzut oka w gazetce były same ziemniaki i kiełbasy. I obrzydliwa marmolada różana, fuj.
Ale jak się bliżej przyjrzeć, można było znaleźć jeden wyjątek - czekolady.
Były cztery rodzaje: mleczna z kakaowym kremem, mleczna z orzechami, jakaś gorzka (moje zainteresowanie jej nie objęło, dlatego nawet nie pamiętam, jaki to dokładnie był smak) i biała z nadzieniem migdałowo-śmietankowym.
Po długim czasie zastanawiania się skusiłam się jedynie na tę ostatnią.
I popełniłam ogromny (naprawdę OGROMNY) błąd, kupując tylko jedną tabliczkę.
Bo była to zdecydowanie NAJLEPSZA biała czekolada, jaką kiedykolwiek jadłam.



Do rzeczy: czekolady z tej oferty kosztowały 3,33 zł za standardową wagę 100 g.
Napis na papierku "oryginalna szwajcarska jakość" jest bardzo zachęcający.
I słusznie. Czekolada jest bardzo kremowa, nie smakuje jak zlepek tłuszczu i cukru (czyli tak, jak przeważnie smakują białe czekolady, za którymi generalnie nie przepadam).
Tabliczka nie jest twarda, ma konsystencję taką, jak Milka, nie chrupie pod zębami, ale rozpuszcza się na języku.
Jest słodka, ale nie przesłodzona. Nadzienie jest pyszne, czuć faktycznie migdały.
Mimo, że całym sercem kocham czekoladę, to rzadko zdarza mi się zjeść naraz więcej niż 3-4 kostki, tej czekolady potrafię zjeść pół tabliczki w ciągu pięciu minut.
Tak bardzo jest pyszna.
Od momentu zjedzenia ostatniej kosteczki jestem pogrążona w żalu i rozpaczy spowodowanych tym, że nie kupiłam jeszcze przynajmniej ze trzech tabliczek.
Tzn. próbowałam kupić więcej, ale już nigdzie nie można było ich dostać.
Mam więc nadzieję, że czekolada ta jeszcze się w Lidlu pojawi.
Tymczasem mam na pocieszenie 3 tabliczki Milki z Oreo, o której napiszę już wkrótce.




Magnum ma to do siebie, że ma i zagorzałych fanów i równie zagorzałych przeciwników twierdzących, że "lody jak lody, szału nie ma, a za 5 zł to już w ogóle".

Ja zaliczam się do tych pierwszych, chociaż rzadko Magnum kupuję.
Dlaczego rzadko? Po pierwsze z uwagi na cenę, która faktycznie do najniższych nie należy.
A po drugie w większości dyskontów można dostać pyszne odpowiedniki Magnum Classic i Magnum Almond w cenach poniżej 2 zł.
O odpowiednikach już niedługo pojawi się kilka postów :)

Ale jest jedna niedościgniona i niepodrobiona dotąd klasyka - Magnum White.

Lody waniliowe w białej czekoladzie, nie wiem kto wymyślił to połączenie, ale ta osoba powinna dostać jakąś nagrodę za to osiągnięcie.
Magnum White są moimi ulubionymi (zaraz po kilku smakach Haagen Dazsów) lodami.
Białej czekolady jest dużo, jest kremowa, smakuje jak najprawdziwsza biała czekolada, a nie tania podróbka.
I lody... Coś wspaniałego - miękkie, puszyste, kremowe, z widocznymi kropkami wanilii.
Wyraziste, nie za słodkie, wspaniałe!*



* - nie jest to post reklamowy, ja naprawdę aż tak uwielbiam Magnum ;)