Kocham lato. Kocham kocham KOCHAM.
Nie tylko za pogodę, ale też za wszystkie owoce i warzywa, na które akurat jest sezon.
Sezon na cukinię trwa w pełni, więc króluje ona w mojej kuchni.
Szakszuka, ciasto kakaowe, leczo, gulasz, nawet pizza czy foccaccia.
I standard, czyli placki.
Z dodatkiem czosnku, podane z koperkowym sosem.
Pyszny, lekki obiad, w sam raz na letni dzień.
By był jeszcze lżejszy, można placki upiec w piekarniku.


Składniki na porcję dla dwóch osób:

  • jedna spora cukinia
  • jajko
  • kilka łyżek mąki
  • dwa ząbki czosnku
  • pieprz, sól
  • sos z jogurtu naturalnego, świeżego koperku z odrobiną pieprzu


Cukinię ścieramy na tarce, dodajemy jajko, mąkę i czosnek.
Doprawiamy do smaku.
Smażymy placki na niewielkiej ilości tłuszczu na złoty kolor.
Podajemy z sosem.
Różowo mi, ach, jak mi różowo.
Piwonia jest jednym z moich ulubionych kwiatów.
Najbardziej na świecie kocham bzy, jednak piwonie razem z jaśminem zajmują zaszczytne drugie miejsce.
Pamiętam, jak w dzieciństwie jeździłam na wieś i wąchałam rosnące w ogrodzie piwonie o kwiatach dla mnie wtedy wręcz olbrzymich.
Zapach piękny, mocny i niepowtarzalny.
Czy udało się go odtworzyć w tym wosku?
Do zakupu zachęcały mnie wizażowe opinie, niejedna Wizażanka twierdziła na forum, że zapach jest przepiękny.
Jak więc mogłam się na niego nie skusić? :)



Nad genialnym opakowaniem nie będę się rozwodzić, bo niejeden raz już o nim wspominałam.
Jaki jest sam zapach? Szczerze, przed zapaleniem nie rzucił mnie na kolana.
Ot, kwiatki, dużo kwiatków, może nawet jakieś piwonie się wśród nich zaplątały.
I powiem tak - nie jest to zapach tak dobrze znany mi z dzieciństwa.
Czuć w nim, że jest syntetyczny, niestety. I po zapaleniu niestety nie jest lepiej.
Nie twierdzę, że jest źle, o nie. Myślę, że 9 na 10 osób zapach zadowoli.
Rzecz w tym, że ta dziesiąta osoba, to taka z wizją upajającej woni w głownie.
Jak ja, a odświeżanie wspomnienia z dzieciństwa rzadko kiedy nie kończy się katastrofą.
Cóż mogę powiedzieć - wygląda na to, że nie tylko Paryż był piękniejszy, gdy byłam dzieckiem (kwestia tego, że nie zwracałam wtedy uwagi na syf?), ale i piwonie pachniały inaczej, piękniej.
No cóż, szkoda, wielka, wielka szkoda.
Jak Wam mija ten piękny, słoneczny weekend?
Mój bardzo leniwie i niestety o wiele za szybko.
Mimo, że postanowiłam sobie w piątek, że bardziej z niego skorzystam.
Po kilku miesiącach zwolnienia lekarskiego jutro wracam do pracy.
I bardzo niezadowolona jestem z faktu, że nie będę już pracować od 7 do 15, co bardzo mi odpowiadało, a od 10 do 18. 
Pocieszam się tym, że to tylko tymczasowe, bo docelowo będę się starać o przeniesienie do działu pracującego od 8 do 16.
Zdecydowanie wolę iść do pracy na wcześniejszą godzinę, wcześniej wrócić i mieć więcej wolnego czasu dla siebie, czasami jeszcze móc gdzieś wyjść.
A wy wolicie wczesne poranne, czy późniejsze zmiany?



Nowości w mojej kosmetyczce. Obie godne polecenia.

... i zapasy :D

I małe zakupy :D

Moje ulubione.

Kolejne nowości. 


Sezon na rabarbar i truskawki powoli dobiega końca, nad czym bardzo ubolewam.
Jak dla mnie mógłby trwać cały rok.
Odrobinę rabarbaru można na szczęście zamknąć w słoiczkach z aromatyczną konfiturą.
Rabarbar jest tutaj głównym składnikiem, ale cytryna i imbir też są mocno wyczuwalne.
Cytryna daje odrobinę goryczki, a imbir - pikanterii.
Nie ma nic lepszego, niż połączenie tej konfitury, dobrego masła i świeżego pieczywa.
Śniadanie idealne. Jedno z wielu, nad którymi nie mogę przestać się rozpływać ;)



Składniki na dwa nieduże słoiki:

  • kilogram rabarbaru (waga przed obraniem)
  • 150-200 g cukru lub ksylitolu
  • skórka otarta z połowy cytryny i łyżeczka soku
  • spora szczypta mielonego imbiru (można zastąpić kandyzowanym)


Rabarbar myjemy, kroimy na drobne kawałki i wrzucamy do naczynia.
Zasypujemy cukrem/ksylitolem i odstawiamy na noc do lodówki.
Następnego dnia zawartość naczynia przekładamy do rondla, najlepiej z powłoką nieprzywierającą.
Zagotowujemy, zmniejszamy gaz i gotujemy (smażymy?) przez 40-45 minut od czasu do czasu mieszając i pilnując, by całość się nie przypaliła.
Na kwadrans przed końcem gotowania dodajemy skórkę i sok z cytryny, a na sam koniec imbir.
Gotową konfiturę przekładamy do suchych słoików, zakręcamy je szczelnie i stawiamy do góry dnem, do momentu wystygnięcia. 
Lubicie koktajle? Lubie mango? Jeżeli odpowiedź to dwa razy "tak", to jest to przepis dla Was ;)
Standardowa wersja mango lassi jest zazwyczaj robiona na bazie jogurtu greckiego.
Moja wersja jest na bazie naturalnej maślanki.
Napój jest dość sycący (może służyć za lekkie ekspresowe drugie śniadanie) i naprawdę orzeźwiający, idealny na letnie upały.
Polecam schłodzenie przed podaniem.



Składniki na dwie porcje:

  • jedno spore mocno dojrzałe mango
  • 300 ml maślanki
  • 250 ml wody
  • spora szczypta kardamonu
  • opcjonalnie szczypta imbiru


Mango blendujemy na gładki mus, mieszamy z maślanką i wodą, dodajemy kardamon.
Całość wstawiamy do lodówki na godzinę przed podaniem.
Mamy modę na wszystko, co slow. Slow foody i ogólnie pojęte slow life.
Nie jest to moim zdaniem głupia moda, mnie się osobiście bardzo podoba.
Wieczny pęd i życie w biegu kompletnie do mnie nie przemawia.
Sporo znam osób, które marzą o wielkomiejskim życiu, małe miejscowości uważają za nudne, męczące i przytłaczające. Ja mam na odwrót.
Szczerze nie lubię miasta, w którym żyję, jest zbyt duże, zbyt głośne i zbyt zatłoczone.
Właśnie duże miasta mnie męczą i przytłaczają, nie mam problemu z odnalezieniem się w nich, ale na dłuższą metę nie czuję się w wielkim mieście komfortowo.
Idealnym miastem jest dla mnie Gdynia, miasto kameralne, ale nie całkiem malutkie, położone nad moim ukochanym Bałtykiem, a czasami nic więcej, niż morza mi do szczęścia nie trzeba.
Walczę z tą nieszczęsną Warszawą mieszkając na uboczu i ogólnie trzymając się z daleka od centrum, póki co mi się udaje, ale nie wyobrażam sobie spędzenia tutaj reszty życia.
Marzy mi się powolne, leniwe życie, spacery po plaży, gotowanie i jedzenie śniadań, obiadów i kolacji bez pośpiechu. Czas na jedzenie, na sport, na rozmowy, na kino, na wszystko.
Kilka lat temu miałam okazję przez jakiś czas mieszkać w mniejszym mieście (ok. 80 tysięcy mieszkańców) i czułam się tam jak ryba w wodzie. Wszystko było inne, od zakupów po spacery i wyprowadzanie psa. I ta cisza i spokój.
Lubię mieć spokój. Zresztą kto mógłby być bardziej za slow life, niż takie ludziofoby, jak ja?
A co Wy o tej specyficznej "lajfstajlowej" modzie myślicie? 



Składniki na ciasto (tortownica o średnicy 24 cm):

  • 150 g miękkiego masła
  • 100 g ksylitolu (lub drobnego cukru)
  • 100 g mąki
  • 2 jajka
  • skórka z dwóch cytryn i sok z jednej
  • 50 g mielonych migdałów
  • 2 łyżki liściastej herbaty earl grey
  • łyżeczka proszku do pieczenia

POLEWA:

  • 100 g białej czekolady
  • dwie łyżki śmietanki 30%
  • kilka kropli soku z cytryny




Masło miksujemy z sokiem i skórką z cytryny, ksylitol ubijamy z jajkami.
Łączymy obie masy, dodajemy mąkę, migdały, herbatę i proszek do pieczenia.
Mieszamy do uzyskania gładkiej w konsystencji masy.
Wylewamy ciasto do tortownicy wysmarowanej tłuszczem, pieczemy 30 minut w 180 stopniach.
Z czekolady, śmietanki i soku z cytryny robimy polewę, którą polewamy wystudzone ciasto.
W formie słoiczków są dostępne głównie woski o zapachach już w Polsce wycofanych.
W niektórych sklepach zostało trochę tych słoiczków, bo tart czy świec już się nie uświadczy.
Ja słoiczków nie lubię. Niby ważą tyle samo, co tarty, a są mniejsze i starczają na krócej.
Jedyną ich zaletą jest to, że faktycznie zgodnie z obietnicą producenta łatwo jest je usunąć z kominka po zastygnięciu - pod warunkiem, że minęło kilka godzin od zgaszenia.
Ale skoro nie ma innej opcji, tylko słoiczki, to niech będą i słoiczki.



Polecę w kolejności alfabetycznej.

BAHAMA BREEZE
Opis dystrybutora:
Jest ciepło. Upalnie wręcz! Bose stopy zapadają się w rozgrzanym, czyściutkim piasku, a wzrok przykuwa majestat miarowo uderzających fal. Idealny odpoczynek pod palmami – gdzieś na dalekiej wyspie. Doskonały relaks i cudowne odprężenie, które zaprasza nas do świata skończonego, doskonałego, gdzie powietrze pachnie morską bryzą i chłodnym koktajlem. To właśnie on, orzeźwiający tropikalny drink został zatopiony w wosku Bahama Breeze – pachnącym świeżym ananasem, słodkim mango i sokiem świeżo wyciśniętym ze słonecznego grejpfruta.

Moje odczucia:
Owocowy zapach, Boże, co ja kupiłam?! 
Żartuję, to kolejny jeden z nielicznych wyjątków od reguły "jestem antyowocowa".
Gdzieś czytałam, że można wyczuć w tym zapachu kokosowe nuty, ja ich obecności nie stwierdziłam.
Wosk pachnie jak tropikalny koktajl. Podoba mi się, ale nie nadaje się (przynajmniej u mnie) do częstego palenia, bo po dwukrotnym paleniu mam już trochę dość, a tu jeszcze dwie tarty w zapasie.


FARMERS MARKET
Opis dystrybutora:
Limitowana edycja wosku Yankee Candle w kształcie słoiczka z aromatycznej linii zapachowej. 
Wyczuwalne aromaty: jagody, jabłka, brzoskwinie i delikatne przyprawy.

Moje odczucia:
Jagody? Jabłka? Brzoskwinie? Tyle różnych nazw na rozgotowane marchewki?
Zapach tego wosku jest niemalże bliźniaczo podobny do halloweenowego Candy corn, który pachnie jak rozgotowana marchewka.
Żadnych jagód czy brzoskwiń tu nie ma, jedynie marchewka z odrobiną cynamonu.
Odradzam zakup.


MACINTOSH
Opis dystrybutora:
Limitowana edycja wosku Yankee Candle w kształcie słoiczka z owocowej linii zapachowej. 
Wyczuwalne aromaty: jabłka Macintosh.

Moje odczucia:
Jak już pisałam, lubię jabłkowe woski. Bardzo.
Red apple wreath jest jednym z moich ulubionych, Sweet apple i Sugared apple też dają radę.
Macintosh przez folię pachniał ślicznie.
Jak świeże rumiane jabłuszko.
Ale nie takie kupione w markecie, nawoskowane i pozbawione smaku i zapachu (bo dla mnie marketowe jabłka przeważnie nie pachną, a często wącham owoce i warzywa przed zakupem).
Nie, to jabłko prosto z sadu, bez wosku i bez chemii. Świeże, chrupiące, soczyste, mniam!
Niestety zaraz po zapaleniu czar pryska, bo nie czuć już jabłuszka, tylko kilogram chemii.
Doprecyzuję: chemię czuć po włożeniu nosa w miskę kominka, bo z większej odległości nie czuć NIC.


MEADOW SHOWERS
Opis dystrybutora:
Limitowana edycja wosku Yankee Candle w kształcie słoiczka z rześkiej linii zapachowej. 
Wyczuwalne aromaty: poranna rosa.

Moje odczucia:
Jak na litość boską pachnie rosa?
Przed zapaleniem zapach był dla mnie bliżej nieokreślony, czymś pachniał, ale nie wiedziałam czym.
Po zapaleniu przyszło olśnienie: woda z basenu! Chlorowana woda, jak nic.
Chemiczny, drażniący, po prostu nieładny zapach.
Nie wiem, gdzie rosa jest chlorowana, ale z pewnością nie chciałabym się tam wybrać.


SUN & SAND
Opis dystrybutora:
Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. 
Wyczuwalne aromaty: kwiat pomarańczy, cytrusy, świeża lawenda oraz piżmo.

Moje odczucia:
Czasami się zastanawiam, jak oni tworzą te opisy. 
Piszą na kartkach wszystkie nuty zapachowe, jakie im przyjdą do głowy, wrzucają do słoja i wybierają na zasadzie losowania?
Żadnych cytrusów, lawendy ani kwiatu pomarańczy tu nie czuć. 
Ja czuję piżmo i rozgrzany słońcem plażowy piasek, całość do złudzenia przypomina mi jakiś olejek do opalania, który kiedyś miałam.
Żeby nie było - nie jest to brzydki zapach, jest typowo kosmetyczny, dosłownie KOSMETYCZNY, nie kojarzy się z perfumami, a bardziej z kosmetykiem pielęgnacyjnym.
Na pewno nie każdemu się spodoba, ja po wypaleniu pierwszego słoiczka dokupiłam jeszcze drugi.
Już właściwie prawie lipiec. Ale ten czas zasuwa...
A po paru dniach w miarę stabilnej letniej pogody znów wróciła pogoda w kratkę.
Z innej beczki, wczoraj były Wianki, bardzo chciałam pójść, ale problemy hormonalne mi nie pozwoliły. Dlatego też spędziłam przeuroczą sobotę w mieszkaniu, zdychając.
No cóż, nie polecam, zdecydowanie.
Z lepszych wieści - doczekałam się już w jednym sklepie internetowym przedsprzedaży tak bardzo (bardzo BARDZO) wyczekiwanej przeze mnie kolekcji Yankee Candle Out of Africa. Jest to kolekcja na trzeci kwartał bieżącego roku.
Nie mogę się doczekać, aż dostanę te cudeńka w swoje ręce, przeczuwam wielką miłość ;)
Zapachy wydają się być dla mnie stworzone - Orient, perfumy, kwiaty i piżmo.
A jak Wam minął tydzień? 

Śniadanko pierwsza klasa.

Ostatnie nabytki







Można leczyć uzależnienie od sera?

Typowo śródziemnomorskie danie. Makaron, pomidory, mozzarella, oliwa i zioła.
Proste, niewymagające czasu ani wysiłku danie jednocześnie efektowne i po prostu smaczne.
Spaghetti można zastąpić inną formą makaronu, ale ta pasuje jednak najbardziej.



Składniki na dwie porcje:

  • 200 g makaronu spaghetti
  • 100 ml oliwy
  • 100 g mozzarelli z mleka bawolego
  • 100 g pomidorków cherry
  • drobno posiekana bazylia
  • ząbek czosnku
  • odrobina soku z cytryny
  • sól, pieprz


Makaron gotujemy, pomidorki kroimy na pół, obtaczamy w oliwie i pieczemy w piekarniku przez kwadrans w temperaturze 180 stopni.
Odcedzony makaron mieszamy z oliwą, sokiem z cytryny i bazylią.
Dodajemy czosnek przeciśnięty przez praskę, pokrojoną na kawałki mozzarellę i pomidorki.
Doprawiamy do smaku solą i pieprzem.