Dzisiejsze pesto może nie ma pożądanej konsystencji, bo jestem skończonym leniem i nie chciało mi się wyciągać blendera, za to jest naprawdę pyszne.
Uwielbiam dania, które pokazują, że prostota zawsze rewelacyjnie się sprawdza i to jest właśnie jedno z nich.
Dodatkowym plusem jest to, że przygotowanie zajmuje kwadrans. 




Składniki na dwie porcje:

  • 200 g ugotowanego makaronu spaghetti (lub innego, wedle upodobań)
  • 250 g mrożonego groszku, konserwowy się nie nadaje
  • 50 g tartego parmezanu
  • 30-40 ml oliwy z oliwek (może być smakowa, np. bazyliowa, truflowa)
  • kilka łyżek migdałów w płatkach
  • ząbek czosnku



Gotujemy do miękkości groszek - ok. 10 minut.
Groszek blendujemy razem z czosnkiem, oliwą, migdałami i serem. Ja z lenistwa użyłam moździerza. Można też rozgnieść składniki widelcem, w zależność od tego, czy wolimy pesto bardziej gładkie, czy z wyraźnymi kawałkami groszku.
Podajemy z makaronem
Nie jestem wielką fanką owoców morza.
Nie mogę powiedzieć, że nie lubię, o nie. Większość z nich naprawdę mi smakuje.
Ale mam też pewną traumę związaną z kalmarową ucztą w środku nocy po wypiciu całej butelki wina.
Krewetki lubię bardzo, staram się zawsze mieć jakieś zamrożone, na wypadek zachcianki.
Lubię je na grzankach, na pizzy, w zupie, w curry i z makaronem.
Dzisiejsze krewetki są chyba najprostsze w przygotowaniu. I bardzo, bardzo smaczne.




Składniki na dwie porcje:

  • 200 g ugotowanego spaghetti
  • 50 g masła osełkowego (może też być ziołowo-czosnkowe)
  • 200 g krewetek tygrysich, wstępnie obgotowanych
  • 2-3 ząbki czosnku
  • jedna nieduża szalotka
  • natka pietruszki
  • sól, pieprz


Łyżkę masła rozpuszczamy w rondlu, podsmażamy cebulę i drobno posiekany czosnek.
Powoli dodajemy resztę masła, a następnie krewetki, całość dusimy na małym ogniu przez 2-3 minuty.
Doprawiamy do smaku, na koniec wrzucamy posiekaną natkę.
Podajemy z makaronem.
Wielbiciele pikantnych dań mogą też dorzucić posiekane drobno papryczki chilli, będą idealnie pasować :)
Tego typu makaron był pierwszym moim samodzielnie wykonanym posiłkiem (kanapki czy frytki to nie posiłek, bo to chyba każdy potrafi przygotować), gdy miałam jakieś 14-15 lat.
Bardzo prosty przepis z bardzo smacznym efektem.
Ważna jest dobrej jakości szynka, można dać parmeńską albo szwarcwaldzką.
Zioła też powinny być świeże lub mrożone, nigdy suszone.




Składniki:

  • 200 g makaronu
  • 100 ml śmietanki 30%
  • 50 ml bulionu
  • 100 g szynki dojrzewającej, posiekanej na kawałki
  • pieprz
  • świeże zioła - szczypiorek i pietruszka
  • tarty parmezan

Makaron gotujemy.
Łączymy śmietankę z bulionem, doprawiamy i doprowadzamy do wrzenia.
Ugotowany i odcedzony makaron wrzucamy do sosu, dokładnie mieszamy.
Dodajemy szynkę i zioła, na talerzach posypujemy tartym parmezanem.
Sezon na szparagi trwa w najlepsze. Lubicie szparagi?
Ja zdecydowanie wolę zielone, ale czasami kupuję też białe. Może wizualnie prezentują się mniej efektownie i trudniej je przygotować, ale jak już opanuje się tę sztukę, są naprawdę smaczne.
Doskonałym dodatkiem do nich są rzeczy o świeżym smaku - białe lekkie serki, cytryna, mięta.
Nie radziłabym jednak przesadzać z poziomem świeżości, szparagi nadal powinny grać główne skrzypce, być elementem dominującym w danym daniu.
Dzisiejszy przepis jest bardzo prosty, zawiera jedynie kilka składników. Zostały one dobrane tak, że każdy smak jest idealnie podkreślony, wyważony, nic nie jest "stłamszone" przez inne składniki.

Najpierw jednak kilka wskazówek odnośnie przygotowywania szparagów.
1. Zdrewniałe końcówki lepiej jest odłamać niż odciąć. Należy chwycić łodygę jedną ręką na końcu, a drugą w połowie długości, powinna złamać się w idealnym miejscu.
2. Zielonych szparagów nie trzeba obierać, w przypadku białych jest to konieczne. Najlepiej użyć obieraczki.
3. Do wody w której gotujemy szparagi należy wsypać płaską łyżeczkę cukru.
4. Zielone szparagi gotujemy ok. 7 minut, białe ok. 10-12, zależnie od grubości.



Składniki na danie dla dwóch osób:

  • 250g makaronu spaghetti
  • pół pęczka białych szparagów
  • łyżka soku z cytryny
  • 50g masła
  • sól, pieprz
  • odrobina świeżego lubczyku, posiekanego


Makaron gotujemy w osolonej wodzie, szparagi obieramy, kroimy na kawałki i gotujemy przez 10-12 minut w wodzie z dodatkiem cukru.
Ugotowany makaron wrzucamy na patelnię, dodajemy masło, sok z cytryny, odcedzone szparagi i przyprawy i dusimy chwilę na małym ogniu mieszając do roztopienia się masła i połączenia składników.
Na talerzach posypujemy lubczykiem.
Systematyczność mnie czasem przerasta, podobnie jak multitasking.
Tak, jest to próba wytłumaczenia, dlaczego nie dodaję za wielu nowych postów, mimo, że na dysku zalega mi z 50 zdjęć, o ile nie więcej, wolę nie liczyć.
Nie wiem, jakim cudem kiedyś udawało mi się dodawać codziennie/prawie codziennie nowe posty, po prostu nie mam bladego/zielonego/jakiegokolwiek innego pojęcia.
Lada dzień mój blog będzie miał rok, a moja motywacja, hmmm... no pozostawia trochę do życzenia. Albo i trochę więcej, niż tylko trochę.
Gdyby ktoś miał wątpliwości - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że mój blog to po prostu kolejny amatorski kulinarny wypierdek w gąszczu innych niczym się nie wyróżniających wypierdków. 
No cóż, przynajmniej ładnie wygląda. Szablon mam na myśli, żeby nie było. Zdjęcia dalej robię telefonem i prędko się to nie zmieni, jeżeli w ogóle.
Czasami się zastanawiam, czy nie wolałabym pisać o filmach. Albo pisać opowiadania. W sumie pewnie bym wolała.
Są jednak trzy rzeczy, które mnie powstrzymują.
1. Wspomniana wyżej systematyczność. A raczej problemy z nią. Coraz poważniejsze problemy, bo przeważnie niewiele mam na swoje usprawiedliwienie.
2. Lenistwo. Najzwyklejszy na świecie syndrom Na tapczanie siedzi leń, g**** robi cały dzień. Zanim posypią się gromy - nie jestem leniem ogólnie, nie preferuję spędzania czasu na kanapie, ale jeśli chodzi o blogowanie, to potrafię Bloggera omijać szerokim łukiem przez tydzień albo dwa. Prawdę mówiąc wolę iść pobiegać/poczytać/spotkać się ze znajomymi, niż siedzieć przed komputerem. I tyle. A posty same się nie dodadzą, niestety.
3. Moja kreatywność chyba umiera wraz z wiekiem. Tak, wkroczyłam już chyba w wiek, gdzie jedynym głównym powodem radości z kolejnych urodzin są prezenty. Kto nie lubi prezentów?
Ewentualnie moja samokrytyka rozwija się z wiekiem, cholera ją wie.

Dobra, kuniec tego pseudofilozoficznego blablania o bólu pewnej części ciała.
Swoją drogą, zauważyłam, że ból ten częściej dotyka osoby wchodzące z Bóg-w-którego-nie-wierzę-wie-jakiego-powodu na mojego bloga, niż mnie
Powiem tylko, że nigdy, przenigdy nie zrozumiem większego zainteresowania życiem "kogoś z internetów", kogoś, kogo nawet nie znam, niż swoim własnym. 
Ale już jako dzieciak miałam świadomość tego, że ludzie w najlepszym wypadku są dziwni.



Pora na przepis, wszak jedzenie jest dobre na wszystko. Dobre jedzenie jest dobre na wszystko.
Makaron jest dobry na wszystko. Zawsze. Bez dyskusji.
Takie trochę comfort food, jak dla mnie. 
Spaghetti all'Amatriciana. Z pancettą, białym winem i chilli.



Składniki na dwie porcje:

  • makaron spaghetti - 250 g
  • 100 g pancetty
  • 2 plasterki szynki parmeńskiej/serrano
  • jedna spora szalotka
  • 200 ml passaty z pomidorów
  • łyżka oliwy
  • opcjonalnie kilka plasterków włoskiego salami
  • 50 ml białego wytrawnego wina
  • szczypta suszonych płatków chilli, świeżo mielony pieprz do smaku
  • tarty parmezan/grana padano




Na patelni rozgrzewamy oliwę, podsmażamy na niej szalotkę posiekaną w cienkie piórka.
Dodajemy pokrojone w kostkę pancettę, szynkę i salami, smażymy do zrumienienia.
Podlewamy winem, po około dwóch minutach dodajemy passatę, można jeszcze dodać krojone pomidory z puszki/świeże pomidory. Zagotowujemy, po czym zmniejszamy ogień i dusimy przez około 45 minut.
W międzyczasie gotujemy makaron.
Na koniec duszenia doprawiamy sos do smaku chilli i pieprzem.
Podajemy makaron z sosem posypany sporą ilością parmezanu.
Robiąc zakupy widzę, że ogromną popularnością cieszą się gotowe sosy w słoikach. Wiele osób je kupuje, niektórzy wręcz robią zapasy. Miałam kiedyś współlokatorkę, której gotowanie ograniczało się do wrzucenia spaghetti do garnka i podgrzania w mikrofali sosu ze słoika. 
Biorąc pod uwagę to, że jej szuflada zawsze była pełna tych sosów mogę się tylko domyślać, że mogła doświadczać stanów lękowych w momencie, gdy ilość słoików stawała się jednocyfrowa.

Najczęściej robię zakupy w Kauflandzie, w tym sklepie gotowe sosy akurat znajdują się w pobliżu ryżu, kaszy i soczewicy, więc często mam na nie widok z bliska. I zawsze są przebrane, niektóre półki wręcz świecą pustkami. Jak była promocja na sosy Dawtony (które skład mają daleki od ideału), to niektórzy brali po ponad 20 słoików.
Muszę stwierdzić, że jest to dla mnie niepojęte.

Zrobienie domowego sosu wcale nie jest ani praco- ani czasochłonne. Domowy sos jest smaczniejszy, zdrowszy i dużo tańszy, niż gotowy.
Owszem, zdarza mi się kupić jakiś gotowiec w ramach ciekawostki, ale takie coś ma miejsce może z raz na rok. Z tego, co sobie przypominam, to w roku 2009 albo 2010 kupiłam sos Knorra Spaghetti toscana i w zeszłym roku kupiłam sos Korma podczas lidlowego tygodnia azjatyckiego.

Wracając do tematu: po brakach na sklepowych półkach można wywnioskować, że największą popularnością cieszą się sosy typu bolognese i słodko-kwaśne.
Obydwa dziecinnie proste do przygotowania w domu.
Na pierwszy ogień dziś idzie domowe spaghetti alla bolognese, ale to dlatego, że za kuchnią wschodnią średnio przepadam i dania słodko-kwaśne nie należą do moich ulubionych. Ale sos słodko-kwaśny również się prędzej czy później na blogu pojawi.

Na koniec, zanim przejdę do przepisu taka ciekawostka:
Domowy sos boloński dla dwóch osób to koszt około 1,50 zł. Łącznie, nie "na twarz". Nie licząc mięsa oczywiście. Analogicznie dla czteroosobowej rodziny można wyprodukować spory garnuszek sosu za 3 złote. Sosów w słoiku poszłoby wówczas dwa. Wybierając najtańsze gotowce i tak musielibyśmy zapłacić co najmniej z 5-6 zł. Przy wyborze trochę "lepszych" gotowców typu Knorr koszt wzrósłby do 11-13 zł, a sięgając po sosy z tak zwanej wyższej półki (Cirio, Barilla) musielibyśmy wydać niemal 20 zł.
Całkowity koszt dania dla 4 osób, wliczając w to dobre mielone mięso i porządny makaron to około 12 zł.

Dobra, koniec ekonomiczno-kuchenno-bełkotliwego wywodu, pora na przepis.


Składniki na danie dla dwóch osób:

  • pół paczki makaronu spaghetti
  • 200 g mielonego mięsa (polecam mięso z szynki)
  • 250 ml passaty z pomidorów (polecam K Classic z Kauflandu, naprawdę smaczne pomidory)
  • ząbek czosnku
  • zioła: bazylia, tymianek, oregano (mogą być suszone, zamiast tych poszczególnych ziół można użyć mieszanki ziół prowansalskich)
  • szczypta mielonej ostrej papryki
  • szczypta kurkumy*
  • odrobina suszonego lubczyku*
  • sól, świeżo zmielony pieprz do smaku
  • odrobina oleju do smażenia
  • tarty parmezan


* - lubczyk i kurkuma są moim pomysłem, to tak zwane sekretne składniki ;)

Makaron gotujemy w osolonej wodzie z dodatkiem łyżki oleju.
Mięso smażymy na niewielkiej ilości tłuszczu aż zmieni kolor na szary.
Zalewamy je pomidorami, dodajemy wszystkie przyprawy i dusimy na niewielkim ogniu przez 10 minut.
Odcedzony makaron wykładamy na talerze i obficie polewamy sosem, na samym końcu posypujemy parmezanem.
Podsumowując: danie jest nienapakowane chemią, banalne i szybkie w przygotowaniu - gotowe w kwadrans.
I cholernie dobre.
Bardzo szybki obiad/kolacja.
Danie niewymagające umiejętności kulinarnych, jedno z najprostszych.
Smaczne i można je modyfikować zmieniając składniki dodawane do pomidorowej bazy.
Zdjęcie niestety nie jest superapetyczne, ostatnio niefortunnie nie posiadam świeżych ziół do dekoracji, mam nadzieję, że nikogo nie zniechęciłam ;)








Składniki na porcję dla dwóch osób:

  • makaron spaghetti ok. 200g
  • puszka siekanych pomidorów bez skórki
  • kilka łyżek oliwy z oliwek
  • mięso mielone (u mnie z indyka)
  • czosnek
  • ser ricotta (ok. 100g)
  • pieprz
  • bazylia
  • sproszkowane chili


Makaron gotujemy w osolonej wodzie z dodatkiem kilku kropel oliwy.
Mięso podsmażamy na oliwie, dodajemy pomidory, rozdrabniamy je na masę. Doprawiamy bazylią, pieprzem i chili, wciskamy dwa ząbki czosnku.
Dusimy przez 10 minut na małym ogniu, na koniec dodajemy ricottę.
Odcedzony makaron wykładamy na talerze, polewamy sosem, można do smaku dodać inny ser, np. parmezan czy mozzarellę i udekorować danie listkami świeżej bazylii.
Smacznego!