Dzisiejsza sałatka to na moim stole wielkanocna sałatka "śniadaniowa".
Idealna do świeżego pieczywa, dużo lżejsza od tradycyjnej sałatki jarzynowej.
Można do niej dorzucić więcej składników, czasami dodaję suszone pomidory czy pestki dyni.
Podstawą jednak jest jajko gotowane w koszulce.




Składniki na 4 porcje:

  • brokuły - ok. 400-500 g
  • jedna czerwona papryka
  • 250 g wędzonej ryby - u mnie trewal
  • 4 jajka
  • oliwa z oliwek
  • ocet


Brokuły podzielone na różyczki gotujemy na parze przez ok. 8-10 minut.
Paprykę najlepiej jest ugotować razem z brokułami albo upiec w piekarniku.
Jeżeli wolimy ją w wersji chrupiącej dodajemy surową.
Jajka gotujemy w wysokim garnku w wodzie z dodatkiem octu, jajka muszą być jak najbardziej świeże, wtedy zachowają ładny kształt.
Podajemy ugotowane warzywa z podzieloną na kawałki rybą i dodatkiem jajka, posypujemy całość pieprzem i polewamy kilkoma kroplami oliwy.
Dzisiaj bardzo sycący, pyszny i wegetariański obiad.
Nawet mój mężczyzna nie marudził, że nie było w nim mięsa ;)
Zacytuję Wikipedię:
Jarmuż jest uważany za bardzo pożywne warzywo zawierające silne przeciwutleniacze i mające właściwości przeciwzapalne. Jest bogatym źródłem witaminy K, witaminy C, karotenoidów (β-karotenu, luteiny, zeaksantyny), a także wapnia. Podobnie jak brokuły i inne warzywa kapustowate zawiera sulforafan, związek mający właściwości przeciwnowotworowe. 
Jarmuż jest również doskonałym źródłem żelaza.



Składniki na danie dla dwóch osób:

  • 100 g kaszy jaglanej
  • 100 g jarmużu
  • dymka
  • sól, pieprz
  • łyżka masła




Kaszę jaglaną gotujemy do miękkości (ok. 20-25 minut), z jarmużu wycinamy twarde części i gotujemy przez około 5-6 minut.
Roztapiamy na patelni łyżkę masła, podsmażamy drobno posiekaną dymkę.
Dorzucamy na patelnię jarmuż i kaszę i smażymy przez około dwie minuty.
Doprawiamy do smaku, podajemy z ulubionymi dodatkami: pasują jajka sadzone i w koszulkach i lekkie grillowane lub pieczone mięso.
Dzisiaj kolejny zapach Kringle Candle.
Pierwszy, jaki z tej firmy zakupiłam, gdy na początku grudnia zatęskniłam za wiosną.
Fresh cut grass, zapach wiosny pod postacią świeżo ściętej trawy.
Zapach mnie urzekł, gdy powąchałam go w sklepie, od razu więc go kupiłam.
Jak pachnie po zapaleniu i jaka jest jego moc - o tym niżej.




Przed zapaleniem wosk pachnie, jak jak najbardziej autentyczna kupka zielonej świeżo skoszonej trawy.
Zero chemicznych nut, zero czegokolwiek innego, sama trawa.
Zanim przejdę do zapachu, wspomnę o czymś jeszcze, o czym zapomniałam wspomnieć tydzień temu przy okazji recenzji pierwszego zapachu tej firmy.
Tartaletki Yankee Candle są urocze, ale osoba odpowiedzialna za opakowania wosków Kringle Candle powinna dostać za to jakąś nagrodę.
Zgrabne pudełeczko z pokrywką to mistrzostwo świata. Naprawdę.
Woski Yankee zawsze mnie wkurzały tym, że po otwarciu należy je wrzucić do woreczka strunowego, by nie wywietrzały, a do tego przeważnie strasznie się kruszą.
Ani to praktyczne, ani estetyczne, za to jakie upierdliwe.
Opakowania wosków Kringle uwielbiam za to, że nie muszę się bawić z woreczkami i za to, że wosk jest podzielony na pięć części, nic się nie kruszy, omija się cały ten bałagan.
Pudełeczka są o wiele wygodniejsze w przechowywaniu, niż woreczki, kwestie praktyczne przy woskach Yankee bardzo kuleją po tym, jak już otworzymy wosk.
Koniec chwalenia genialnego opakowania, przejdę do zapachu.
Wosk naprawdę pachnie jak świeżo ścięta trawa.
Przez jakiś kwadrans. Potem nabiera dziwnych ciepłych, niezidentyfikowanych nut.
Nie do końca podoba mi się to, jak ten zapach się rozwija.
Wolałabym,  by nie rozwijał się wcale, bo "na sucho" jest naprawdę ładny.
Ostatecznie wosk okazał się być rozczarowaniem, niestety, kilka kolejnych wosków Kringle powtórzyło to nieprzyjemne doświadczenie.
Na koniec dodam, że z około dziesięciu przetestowanych wosków tej marki tylko trzy naprawdę mnie urzekły.
Dwa i pół tygodnia. Tyle czasu byłam ostatnio na zwolnieniu lekarskim.
Kolejne trzy antybiotyki za mną, a także dwie wizyty na ostrym dyżurze.
I było już ok, a przynajmniej tak mi się wydawało, czułam się naprawdę dobrze.
W poniedziałek wróciłam do pracy, w środę wieczorem wzięłam ostatnią dawkę antybiotyku nr 3.
I co? I już kolejnego dnia, w czwartek pojawił się okropny ból głowy i gorączka, było tak źle, że w piątek do pracy pójść nie mogłam.
Kolejne zwolnienie, tym razem do połowy kwietnia.
Poważnie, niech ktoś mi kupi bilet w jedną stronę do jakiegoś ciepłego miejsca, bo tutaj zatoki nie dają mi żyć.
Nikomu nie życzę tak ostrego bólu, że nawet na kilka milimetrów nie da się ruszyć głową.
No dobra, jest kilka osób, którym tego życzę, ale zasłużyły sobie na to.
Swoją drogą pierwszy raz w ciągu jakichś dziesięciu lat mojej walki z chorymi zatokami miałam je zapchane aż tak, że straciłam słuch. 
Ot, taki paradoks - im lżejsza zima, tym ja ciężej (i częściej) choruję. KLIK!



Zmutowane truskawki giganty atakują ;)




Największe kosmetyczne odkrycie ubiegłego roku.




Kosmetyki inne, niż dla wrażliwców i alergików już nie wchodzą w grę.

Dzisiaj lekka zupa, poza dodatkiem "dekoracyjnym" w postaci salami wegetariańska.
Szpinak i pieczarki rewelacyjnie się komponują zarówno w sosach do mięs czy makaronów, jak i jako duet w zupie.
Zupa dzięki dodatkowi ziół nie jest mdła, jest bardzo sycąca i dość mocno czosnkowa w smaku.



Składniki na dwie porcje:

  • litr bulionu z włoszczyzny
  • opakowanie świeżego szpinaku
  • 6-8 sporych pieczarek
  • 2-3 spore ziemniaki
  • dwa ząbki czosnku
  • pieprz
  • opcjonalnie: śmietana, salami, grzanki




Obrane i drobno pokrojone ziemniaki oraz umyte i pokrojone w plastry pieczarki gotujemy w bulionie, aż ziemniaki zmiękną.
Gdy to nastąpi, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek, szpinak i pieprz, gotujemy przez kolejne 10 minut.
Gotową zupę miksujemy na krem, podajemy z ulubionymi dodatkami, u mnie są to plastry salami i grzanki czosnkowe.
Placki ziemniaczane - klasyka.
Ziemniaki są tak uniwersalną bazą do posiłku, jak ryż czy makaron.
Można z nich zrobić wiele różnych rzeczy - frytki, hasselbacki, kopytka, placki.
A same placki też można zjeść ze śmietaną i cukrem (tego nigdy nie praktykowałam, moje placki ziemniaczane są zawsze wytrawne, nigdy na słodko), można je podać z gulaszem (tzw. placki po węgiersku), z sosem, np. pieczarkowym czy właśnie z łososiem czy inną rybą.
Placki ziemniaczane rewelacyjnie komponują się z łyżką naturalnego jogurtu (można dać kwaśną śmietanę), plastrem łososia i świeżym koperkiem.
Całość jest lekka jak na smażone danie i bardzo sycąca.



Składniki na danie dla dwóch osób:

  • 3-4 spore ziemniaki
  • średnia szalotka
  • jedno całe jajko
  • pieprz, tymianek, rozmaryn, odrobina wędzonej papryki
  • opcjonalnie mąka, u mnie kukurydziana
  • tłuszcz do smażenia
  • jogurt naturalny / kwaśna śmietana
  • łosoś wędzony - 100 g
  • świeży koperek




Ziemniaki i cebulę ścieramy na tarce o drobnych oczkach, dodajemy jajko i mąkę, by uzyskać odpowiednią konsystencję.
Doprawiamy pieprzem, papryką i ziołami.
Łyżką nakładamy porcje "ciasta" na rozgrzaną patelnię z niewielką ilością tłuszczu, smażymy na złoty kolor.
Podajemy z kleksem jogurtu / śmietany, plastrem łososia i świeżym koperkiem.
A dzisiaj przepis na pyszne śniadanie w mniej, niż 5 minut.
Zapiekana ciabatta z górą dodatków, z których każdy jest dość wyrazisty i razem tworzą spójną i pyszną całość.



Składniki na jedną porcję:

  • jedna ciabatta, najlepiej z mąki mieszanej - pszennej i żytniej
  • rukola - garść na kanapkę
  • salami - 2 plastry na kanapkę
  • mozzarella z zalewy
  • dymka, drobno posiekana
  • ser lazur lub inny pleśniowy
  • ulubione kiełki
  • bazyliowe pesto, najlepiej świeże





Bułkę smarujemy pesto, układamy na nim wszystkie dodatki.
Całość należy zapiec w elektrycznym grillu lub tosterze, ser powinien się roztopić.



Ostatnio w jednym ze "świeczkowych" sklepów internetowych wszyscy rzucili się dostawę wosków ze Stanów - niedostępne u nas unikaty.
Jednym z tych wosków był Yankee Candle Sage & citrus.
Mnie na żaden z niedostępnych zapachów nie udało się załapać, dlatego jakiś czas temu od jednej Wizażanki kupiłam zestaw trzech wosków: Whoopie pie, Red velvet i Nature's paintbrush.
Gdy wszyscy rzucili się na wosk YC Sage & citrus przypomniałam sobie, że mam w swoim magicznym pudełku (no dobra, jednym z trzech magicznych pudełek) z woskami wosk Kringle Candle o tym samym zapachu.




Jak pachnie połączenie cytrusów z szałwią?
Zielono. Bardziej szałwiowo, niż cytrusowo.
Zapach nie ma w sobie absolutnie nic z cytrusowych środków czystości czy odświeżaczy powietrza.
Jest męski, świeży, orzeźwiający. 
Z cytrusów, zgodnie z obrazkiem na naklejce najbardziej wyczuwalna jest pomarańcza, cytryny nie czuć.
Szałwia pachnie "chłodno", męsko, zielono.
W trakcie palenia zapach nabiera odrobinę ciepłej, drzewnej nuty, prawdopodobnie jest to drewno cedrowe.
Moc jest zadowalająca, chętnie będę paliła ten wosk latem, bo na zimę niekoniecznie pasuje.
Nie była to miłość od pierwszego powąchania, ale wosk mi się podoba, być może po wypaleniu tego jednego opakowania jeszcze do niego wrócę.
Moje dwa tygodnie wolnego niestety dobiegają końca.
Szkoda, bo jeszcze do końca nie wyzdrowiałam, a poza tym ogólnie powrót do pracy średnio mi się widzi.
W sumie z tym powrotem byłoby tak samo, nawet gdybym wyzdrowiała.
Po paru dniach wiosny dotarły do mnie wieści, że wczoraj w Trójmieście sypał śnieg, więc chyba na wiosnę jeszcze nie czas.
Jakie to typowe ostatnio, to będzie chyba trzecia z rzędu biała Wielkanoc.
Jak Wam idą przygotowania do świąt?


Winko i Married.




Jedno i drugie obrzydliwe

Wizaż polecał, więc kupiłam na spróbowanie. Ja nie polecam.