Dzisiaj na blogu obiad wegetariański. Bo nawet jeśli ogólnie jest się mięsożercą, to fajnie od czasu do czasu zjeść konkretny posiłek mięsa pozbawiony. A ten posiłek, mimo, iż jest jarski, to jest bardzo sycący.
Po paru dniach wpadłam na pomysł, że można to danie jeszcze udoskonalić czarnymi oliwkami, a w wersji dla spragnionych jakiegokolwiek mięcha jeszcze filecikami anchois.
Ale to innym razem.
Dzisiaj bakłażan nadziewany pęczakiem w pomidorach.
Nadzienie jest bardzo podobne do pomidorowego pęczotto, które jakiś czas temu pojawiło się na blogu.
Są w nim jednak dodatkowo kawałki bakłażana, jest też nieco ostrzej doprawione. Śmietana na wierzchu nie jest konieczna, ale ja nie szaleję za pikantnym jedzeniem i jako środek do złagodzenia smaku śmietana 18% spisuje się znakomicie.



Składniki na danie dla dwóch osób:

  • jeden średni bakłażan
  • 100 g pęczaku
  • 100 ml passaty pomidorowej
  • cebulka
  • chilli
  • bazylia
  • pieprz czarny, sól
  • litr bulionu
  • łyżka masła






Bakłażana w całości podpiekamy w piekarniku nagrzanym do 170 stopni przez 20 minut.
W tym czasie podsmażamy cebulkę na maśle, a następnie dusimy pęczak w bulionie, zupełnie jak robimy przygotowując risotto. Tylko bez wina ;)
Gdy pęczak wchłonie cały bulion dodajemy passatę i przyprawy.
Bakłażana wyjmujemy z piekarnika, kroimy wzdłuż i wykrawamy miąższ. Siekamy miąższ drobno i dodajemy do pęczaku.
Nadziewamy połówki bakłażana i zapiekamy w naczyniu żaroodpornym przez kolejne 20-30 minut.
Można podawać z mozzarellą z zalewy.
Codziennie wstaję do pracy o 5:30, zaczynam pracę o 7.
Co prawda nie wychodzę nigdy bez śniadania, ale śniadania jedzone w pośpiechu nigdy nie są takie, jakie bym chciała, aby były.
A lubię leniwe weekendowe śniadania. Bardzo.
Świeże, parujące, gorące pancakes, naleśniki nadziewane owocami, tosty, omlety. Uwielbiam wszystkie.
A w tygodniu nie mam na to czasu. Pancakes usmażone wieczorem i odgrzewane w mikrofali to nie to samo, to niemal profanacja. 
Ale na szczęście są weekendy. Mogę sobie pospać dłużej, co prawda niewiele dłużej, bo standardowo się budzę ok. 6-6:30, ale mam czas poleżeć i poczytać, wypić kawę w łóżku i wysmażyć sobie takie śniadanie, że nic tylko jeść.
Dzisiejsze śniadanie jest banalnie proste, ale tak dobre, że mogłabym je jeść codziennie. Nie zrobię tego jednak, bo po jakimś czasie pewnie przestałabym się mieścić. W ciuchy, na krześle, w drzwiach ;) 
Ale raz na jakiś czas rozpusta jest wręcz wskazana.
Serek mascarpone można zastąpić lżejszym twarożkiem typu Philadelphia, ale całość będzie wtedy mniej kremowa w smaku. Fakt, o wiele mniej tłusta (bo z mascarpone trzeba przy tego typu tostach naprawdę uważać, bo jest cholernie wręcz tłusty), ale też i mniej smaczna.
P.S. Tosty francuskie są obok panzanelli najlepszym sposobem na niezmarnowanie lekko sczerstwiałego pieczywa.




Składniki:

  • pieczywo (najlepiej bułki, bagietki, chałki) pokrojone w kromki, skórki warto odkroić
  • 2 jajka
  • mleko bądź śmietanka
  • mascarpone
  • ulubiony dżem/konfitura (u mnie limitowany Łowicz o smaku czarnego bzu, polecam, bo smaczny)
  • tłuszcz do smażenia - olej rzepakowy bądź masło klarowane, nie polecam smażenia na zwykłym maśle, bo ma niską temperaturę dymienia i zwyczajnie się spali


W głębokim talerzu mieszamy jajko i mleko/śmietankę.
Obtaczamy w tej mieszance pieczywo i smażymy na mocno rozgrzanym tłuszczu na złoty kolor.
Podajemy z serkiem i dżemem póki gorące.
Zapewne już to pisałam, ale uwielbiam risotto. Uwielbiam zresztą bardzo wiele dań kuchni włoskiej.
Znajomi się śmieją, że jestem południową dziewczyną, tylko brak mi południowej urody i pomyliłam kraje ;)
Dzisiaj risotto troszkę inne, bo dość kwaśne.
Łosoś idealnie pasuje do tej kompozycji, ale wypróbowywałam też grillowaną pierś z kurczaka i też było pysznie.
Łosoś oczywiście nie musi być wędzony, może być grillowany filet, albo gotowany na parze czy smażony.
Zamiast świeżego tymianku możemy dodać świeży koperek, zioła jednak koniecznie muszą być świeże, suszone nie dają nawet maleńkiego ułamka tego aromatu.


Składniki na danie dla dwóch osób:

  • 150 g ryżu arborio
  • jedna cytryna (skórka z całej, a sok z połowy owocu)
  • litr bulionu
  • sól, pieprz, kurkuma
  • 150 ml wytrawnego białego wina (ja daję chenin blanc)
  • parmezan
  • łosoś wędzony w plastrach
  • świeży tymianek/koperek
  • łyżka masła
  • mała szalotka




Masło roztapiamy na patelni. Podsmażamy przez chwilę obraną i bardzo drobno posiekaną szalotkę.
Po około minucie dorzucamy ryż i smażymy, aż stanie się półprzezroczysty.
Następnie zalewamy go winem i czekamy aż odparuje. Wlewamy chochlę bulionu i czekamy aż ryż go wchłonie, po czym wlewamy kolejną itd.
Dobrze jest trzymać bulion ciągle na małym gazie, by był cały czas gorący.
Gdy ryż będzie już al dente, doprawiamy go sokiem i skórką z cytryny, a także solą, pieprzem i kurkumą, by podkreślić jego cytrynowy żółty kolor.
Na talerzu podajemy z wędzonym łososiem i świeżym tymiankiem. Przed samym podaniem posypujemy parmezanem.
Jeżeli chcemy złagodzić mocno cytrynowy smak, możemy dodać łyżkę śmietany.
Jak Wam minął tydzień?
Podsumowując mójprzede wszystkim użyję słowa "męczący".
Bardzo, bardzo męczący. Dużo pracy i ogólnie dużo czasu poza domem.
Swoją drogą szkoda, że poniedziałek przychodzi zawsze tak szybko. Skubaniec jeden.
Dobrze z kolei, że wczoraj pogoda dopisała, mam nadzieję, że te deszcze się w końcu skończą (masło maślane...), bo jak tak dalej pójdzie, to do pracy zamiast chodzić pieszo będę pływać kajakiem
Nienawidzę deszczu, lato ma być upalne i słoneczne, w końcu po to jest lato, żeby było gorąco
Tak, jestem zadowolona z pogody, kiedy 90% ludzi marudzi, że "za gorąco".
Ale ludzie zawsze marudzą. A to za gorąco, a to za zimno, a to za pochmurnie, zawsze znajdzie się powód, dla którego jest źle i mogłoby być lepiej.
Fakt, w blokowych mieszkaniach jest cholernie duszno w upalne dni
Mamy mieszkanie od wschodniej strony i słońce świeci nam prosto w okno od 4 nad ranem i mimo zaciągniętych zasłon i okien otwartych na oścież mamy w mieszkaniu prawie 30 stopni i robi się tak duszno, że nie da się spać.
Ale wentylator załatwia sprawę nad ranem, a w ciągu dnia lepiej wyjść na zewnątrz pospędzać aktywnie czas zamiast kisić się w mieszkaniu i marudzić, że gorąco. I tyle.

Sezon na dostawanie kwiatków uważam za otwarty.

Przed śniadaniem...

... i po.

Szału ni ma, raczej nie kupię już nic z tej serii.

Brazylijskie cośtam smakuje jak kebabowe chipsy z Biedronki, a grecki dip jak mizeria.
Mizeriowe dobre, kebabowych nie znoszę.

Stokrotki!

Schab inaczej, czyli "mam za dużo czasu, spędzę go przy garach".
Nigdy więcej.

Biurowe oczko w głowie.

(O dziwo) zacnie wydane 5 zł.

Mamy piątek, więc zamiast przepisu będzie alkohol.
Może i babski alkohol, ale zawsze to piwo.
Lekkie, letnie i nietypowe. Nowa mirabelkowa Fortuna.
Fortuny generalnie lubię, piłam wszystkie poza miodową, bo miodu nie znoszę i miodowych piw również.
Śliwkowa i wiśniowa wersja bardzo mi smakowały, czarna również, dlatego kiedy w osiedlowym monopolowym, do którego zawędrowałam z myślą "Wypiłabym coś pszenicznego" zobaczyłam nową mirabelkową Fortunę, kupiłam ją bez wahania, nawet dwie butelki.



Czy żałowałam kupna dwóch butelek Fortuny?
Absolutnie nie.
O ile wiśniowa czy śliwkowa wersja są dość "wytrawne" w smaku, o tyle ta jest lżejsza.
Owszem, nadal ma sporą zawartość alkoholu (5,1%) jak na smakowe owocowe piwo, ale pozostawia po sobie zupełnie inny posmak, niż wiśnia czy śliwka.
Jest słodsza, mocniej owocowa.
Skład jest niejasny, nie podano ilości soku owocowego, nie podano właściwie nic poza obecnością słodu jęczmiennego.
Na przedniej etykiecie mamy jedynie napis "Naturalne piwo z sokiem z mirabelki".
Nie wiem, co naprawdę znajduje się w tej butelce, ale wiem na pewno, że mi smakuje i że jeszcze do tego piwa wrócę. Mirabelek nie jadłam już z 15 lat, ale smak Fortuny zdecydowanie przywołuje wspomnienia.
Polecam.


Na ten przepis natknęłam się kiedyś całkiem przypadkiem. 
Nie szukałam akurat pomysłu na nic słodkiego, ale jak przeczytałam o tym połączeniu smaków, to poczułam taką ciekawość, że musiałam je wypróbować od razu ;)
Ja użyłam mlecznej czekolady, ale równie dobrze może być deserowa lub gorzka, ciasto z każdej wyjdzie równie smaczne.
Poziom słodkości przy użyciu mlecznej czekolady nie dla każdego jest do zaakceptowania, warto wziąć to pod uwagę.




Składniki na formę keksówkę:

  • 100 g czekolady
  • 100 g masła
  • 50 g mąki
  • 50 g cukru
  • jajko
  • 50 g wiórków kokosowych
  • spora szczypta chilli


Jajko ucieramy z cukrem, czekoladę i masło roztapiamy razem w kąpieli wodnej.
Mieszamy mokre składniki, dosypujemy mąkę, wiórki i chilli.
Wlewamy masę do formy i pieczemy 15-20 minut w temperaturze 180 stopni. Ciasto musi być wilgotne w środku.

Na tortownicę o średnicy 25-26cm podwajamy ilość składników.
We wczorajszym poście znalazło się zdjęcie gotującej się zupy szczawiowej.
Ogólnie niespecjalnie przepadam za zupami innymi niż te zmiksowane na krem.
Wyjątki są dwa.
Rosół i szczawiowa.
Rosół robię rzadko, bo znajduje się na liście rzeczy, z których nigdy nie jestem zadowolona po ugotowaniu ich, nie jestem w stanie osiągnąć poziomu niedoścignionego ideału, czyli rosołu mojej babci.
Ale szczawiowa to mus. Co roku, jak tylko pojawia się świeży szczaw. 
Od dziecka szczawiową uwielbiam i chyba nigdy mi się nie znudzi, zresztą za bardzo nie ma okazji na znudzenie, bo szczawiowy sezon jest krótki, a szczaw ze słoika czy mrożony dla mnie jest niejadalny.

Wskazówka:
W przepisie jest "bulion warzywny". Nie polecam bulionów w kostkach czy innych bulionetkach, ja nigdy z takich nie korzystam, bo są sztuczne i obrzydliwe w smaku w porównaniu z wywarem zrobionym na włoszczyźnie.
Można też użyć rosół ugotowany na włoszczyźnie i ćwiartce z kurczaka.




Składniki:

  • 1,5 l bulionu
  • 3 średnie ziemniaki 
  • 200 g świeżego szczawiu
  • dymka razem ze szczypiorkiem
  • 100 ml śmietany (ja daję 18%)
  • jajka ugotowane na twardo, ilość według uznania
  • odrobina oleju
  • szalotka



Ziemniaki obieramy i kroimy na małe kawałeczki.
Szalotkę obieramy i kroimy w drobne piórka. W garnku rozgrzewamy odrobinę oleju i podsmażamy ziemniaki z cebulką przez kilka minut.
Następnie zalewamy je bulionem, po ok. 10-15 minutach gotowania wrzucamy umyty i drobno posiekany szczaw oraz dymkę i szczypiorek.
Gotujemy do miękkości ziemniaków jeszcze ok. 10-15 minut. Po zdjęciu z ognia dodajemy śmietanę.
Podajemy z jajkiem ugotowanym na twardo.


Mam czasami takie tygodnie, których w ogóle nie odczuwam, coś w stylu "O, już piątek, niesamowite", a czasami jestem totalnie wypompowana już w okolicach środy.
Ten tydzień należał do tego drugiego gatunku. 
Nie lubię się nudzić, nie cierpię, gdy nic się nie dzieje, ale aż takie urwanie głowy w pracy to dokładne przeciwieństwo nudy.
Dobrze, że co tydzień jest weekend i wtedy nie muszę nic. 
Lubię czasem nie musieć nic, w końcu odrobina lenistwa jeszcze chyba nikogo nie zabiła.

Nie cierpię Wawela, ale te czekolady są wręcz zaskakująco smaczne

Pyszność :)

Chyba jednak radzę sobie z kwiatkami lepiej, niż myślałam.
Ten będzie kwitł już drugi raz odkąd go dostałam.

Uwielbiam!

Szczawiowa.

"Porządek" na biurku, czyli zmory dnia codziennego.
P.S.  Bywało i dużo duuuuużo gorzej.

Zachód słońca z okna wychodzącego na wschód :P

Sezon na szparagi trwa w najlepsze. Lubicie szparagi?
Ja zdecydowanie wolę zielone, ale czasami kupuję też białe. Może wizualnie prezentują się mniej efektownie i trudniej je przygotować, ale jak już opanuje się tę sztukę, są naprawdę smaczne.
Doskonałym dodatkiem do nich są rzeczy o świeżym smaku - białe lekkie serki, cytryna, mięta.
Nie radziłabym jednak przesadzać z poziomem świeżości, szparagi nadal powinny grać główne skrzypce, być elementem dominującym w danym daniu.
Dzisiejszy przepis jest bardzo prosty, zawiera jedynie kilka składników. Zostały one dobrane tak, że każdy smak jest idealnie podkreślony, wyważony, nic nie jest "stłamszone" przez inne składniki.

Najpierw jednak kilka wskazówek odnośnie przygotowywania szparagów.
1. Zdrewniałe końcówki lepiej jest odłamać niż odciąć. Należy chwycić łodygę jedną ręką na końcu, a drugą w połowie długości, powinna złamać się w idealnym miejscu.
2. Zielonych szparagów nie trzeba obierać, w przypadku białych jest to konieczne. Najlepiej użyć obieraczki.
3. Do wody w której gotujemy szparagi należy wsypać płaską łyżeczkę cukru.
4. Zielone szparagi gotujemy ok. 7 minut, białe ok. 10-12, zależnie od grubości.



Składniki na danie dla dwóch osób:

  • 250g makaronu spaghetti
  • pół pęczka białych szparagów
  • łyżka soku z cytryny
  • 50g masła
  • sól, pieprz
  • odrobina świeżego lubczyku, posiekanego


Makaron gotujemy w osolonej wodzie, szparagi obieramy, kroimy na kawałki i gotujemy przez 10-12 minut w wodzie z dodatkiem cukru.
Ugotowany makaron wrzucamy na patelnię, dodajemy masło, sok z cytryny, odcedzone szparagi i przyprawy i dusimy chwilę na małym ogniu mieszając do roztopienia się masła i połączenia składników.
Na talerzach posypujemy lubczykiem.