Jak Wam się podoba typowo jesienna aura za oknem?
Mnie, o dziwo, nawet się podoba. Nadal jest w miarę sucho i ciepło.
Nie wyobrażam sobie, żeby niedługo miał na przykład spaść śnieg, o ile nie mam nic przeciwko mało uciążliwej jesieni, o tyle typowej białej zimie mówię nie.
Podoba mi się obecna jesień, bo jest idealną porą na gorące herbaty, ciepłe puchate skarpety, jesienno-świąteczne woski do palenia i ciepłe szaliki i koce.
Szkoda, że pora kolorowych liści tak szybko mija, lubię je.


Od razu widać, że to jeden z moich ulubionych zapachów ;)

Staram się ratować włosy czym tylko się da.


Nowa miłość ;)
Typowe - zrób coś z włosami, a potem płacz, że to jednak nie TO

Jesienią lubię ziemniaki.
Można z nich zrobić milion różnych sycących, rozgrzewających potraw.
Placki, zupy, potrawki, zapiekanki.
Razem z dynią i cukinią ziemniaki zasługują na miejsce na podium dla najbardziej uniwersalnych warzyw.
Dzisiejsza zapiekanka jest wegetariańska, ale można ją nieco podkręcić i dorzucić co nieco ;)
Nie jest to może najpiękniejsze danie świata, ale jest sycące i właściwie robi się samo.



Składniki na dwie porcje:

  • 5-6 podgotowanych na półtwardo średnich ziemniaków
  • 200 ml śmietanki 30%
  • 3 jajka
  • 100 pokruszonego na drobne kawałki sera feta
  • spora garść świeżego szpinaku
  • 2 ząbki czosnku
  • jedna dymka
  • szczypiorek
  • sól i pieprz do smaku
  • odrobina oleju do podsmażenia szpinaku i wysmarowania formy na zapiekankę
  • opcjonalnie: miękki ser do posypania wierzchu zapiekanki na koniec pieczenia, może być mozzarella, albo miękki łagodny żółty ser typu gouda, edamski


Ziemniaki kroimy w plastry.
Szpinak podsmażamy z czosnkiem i drobno posiekaną dymką.
Na dnie naczynia żaroodpornego układamy plastry ziemniaków - około połowę całości.
Na to wykładamy szpinak i posypujemy go pokruszoną fetą.
Na to wykładamy resztę ziemniaków.
Śmietanę i jajka z dodatkiem soli i pieprzu miksujemy na gładką masę, którą wylewamy na ziemniaki.
Pieczemy przez pół godziny w temperaturze 180 stopni.
Pod koniec pieczenia można posypać zapiekankę mozzarellą/innym serem.
Podajemy zapiekankę posypaną szczypiorkiem.
Jakiś czas temu pojawiły się posty o herbatach.
O tych, które bardzo lubię i o tych, które mnie rozczarowały.
Od tamtej pory, jak na herbacianą maniaczkę przystało, przetestowałam sporo nowości.
Pora więc zaktualizować ranking ;)
Nie jest to zamierzone, ale w dzisiejszym poście znalazło się miejsce na równo 20 herbat.
13 liściastych i 7 ekspresowych.
Są tańsze, są droższe, dla każdego coś dobrego.
Kolejność w pełni przypadkowa.


Cztery czarne herbaty Twinings.
Lady grey, earl grey, english breakfast i darjeeling.
Mocne, gorzkie, wyraziste, aromatyczne, idealne zamiast kawy do śniadania.
Dla mnie do częstego picia jednak za mocne, ale bardzo lubię do nich wracać.


Liściaste herbaty Big Active.
Yunnan jest bardzo mocna ze słodką nutą mocno wyczuwalnych owoców - brzoskwini i moreli.
Earl grey jest łagodniejsza, płatki róży to fajny dodatek, jednak nie zmienia on za bardzo smaku.
Cytrynowej pu-erh jestem wierna od lat. Fakt, jest specyficzna, ale to chyba najlepsza z czerwonych herbat.


Zielone liściaste Big Active.
Moja ulubiona to ta z opuncją, ale od wielu lat uwielbiam opuncjowe herbaty.
Wersje z pigwą i z pomarańczą również są smaczne.


Kilka herbat ekspresowych.
Kakaowo-waniliowa yerba mate, która nie jest niestety "czystą" yerba mate.
Mętna, słodkawo-gorzka, bardzo specyficzna.
Ziołowa herbata z dodatkiem herbaty oolong. Szukam od dawna herbaty oolong i w żadnym sklepie nie ma, a szkoda, bo to taki mój smak wczesnej młodości ;)
Jagodowa muffinka z kolei to trochę "guilty pleasure".
Produkt ani wysokich, ani nawet średnich lotów, ale pije się to całkiem przyjemnie.


Biedronkowe darjeeling i sencha.
Herbaty liściaste zamknięte w torebkach piramidkach.
Obie bardzo łagodne, za co je bardzo lubię.
Tea wine to moje odkrycie ostatniego roku, herbata jest rewelacyjna.
Yerba mate z granatem i aloesem to również nowość w mojej kuchni.
Lekko cierpka, lekko słodka, nietypowa.


Kolejna Tea wine. Jedynie czerwona wersja z tej serii mi nie podeszła.
Herbat z miodem manuka jest kilka, ta jako jedyna mi posmakowała.
Green tea orient to jedno z moich ostatnich odkryć.
Zielona herbata i mnóstwo anyżu, rewelacja na jesień i zimę.
Kolejny zimowy zapach.
Znowu mamy piękną naklejkę z zimowym krajobrazem.
Wosk tym razem jest śnieżnobiały, idealnie pasuje do tej naklejki.
Mamy mocno niebieskie niebo i wszędzie ogrom śniegu.
Zapowiada się super, prawda?


Opis dystrybutora:
Wosk z okolicznościowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: bergamotka, mięta pieprzowa, patchoula oraz drzewo cedrowe.

Moja opinia:
Tutaj się do zapachu nie przyczepię. Jest bardzo ładny, naprawdę.
Jest paczula, jest mięta, mamy efekt mroźnego zimowego powietrza.
Ale co z tego, skoro żeby cokolwiek poczuć, trzeba przytknąć sobie wosk do nosa?
Season of peace to jeden z najsłabszych zapachów z jakimi miałam do czynienia.
Myślę, że może się sprawdzić na malutkiej przestrzeni.
Bo nie oszukujmy się, 40-50 metrów i więcej na pewno sobą nie wypełni, nie ma szans.
P.S. To jeden z tych mocniej kruszących się wosków.
Po przełamaniu go na pół może w rękach zostać sam proszek.

Dla zainteresowanych zakupem tego zapachu - Season of peace będzie zapachem miesiąca w grudniu i będzie można go kupić ze zniżką 20% m.in. w Goodies, Homedelight, Theyankeestore i Aroma Home :)
Dzisiaj trochę się pożalę.
Fryzurę zmieniam rzadko, nie mam potrzeby zmian koloru czy uczesania.
Zwykłe, proste, długie włosy nosiłam kilka lat, wcześniej przez kilka lat nosiłam trochę krótsze.
Niedawno skróciłam je o ok. 15 cm i do tego zrobiłam sobie jeszcze grzywkę.
Nie taką dłuższą, na bok, nad którą da się jeszcze panować a prostą jak u Kleopatry.
I o ile skrócenia całości nie żałuję, o tyle zdążyłam zapomnieć, jak upierdliwa jest grzywka.
Słowo daję, włosy w ogóle mi się nie układają i naprawdę chciałabym jednak tej grzywki nie mieć.
Zazdroszczę wszystkim babkom, które nie muszą nic włosami zasłaniać, bardzo BARDZO zazdroszczę.

P.S. Ależ jesiennie się zrobiło, sama nie wiem, czy mi się to podoba, czy nie.

Świeca, która nie pachnie

Ulubione <3

Dużo gorszy od standardowego żółtego


Różowe bliźniaki ;)

Marchewki i bataty


Uwielbiam pancakes. Mogłabym je jeść codziennie.
Niestety, nie zawsze mam czas, żeby je zrobić.
Wróć, przeważnie nie mam na to rano czasu.
Dlatego jest to dla mnie śniadanie weekendowe.
Takie leniwe, kiedy można smakować każdy kęs.
Owoce i ricotta to jeden z pomysłów na podanie.
Tutaj można być kreatywnym - owoce, jogurty, serki.



Składniki na placki dla dwóch osób:

  • szklanka mąki ryżowej
  • pół szklanki ksylitolu
  • 200 ml maślanki
  • 50 ml oleju rzepakowego (można zastąpić innym, np. kokosowym)
  • 2 jajka
  • szczypta soli
  • szczypta sody


Wszystkie składniki mieszamy na gładką masę, odstawiamy na pół godziny.
Po upływie tego czasu smażymy placki na złoty kolor na patelni delikatnie skropionej olejem kokosowym lub innym.
W przypadku, gdy ciasto jest za gęste, dolewamy maślanki, gdy jest za rzadkie można dosypać więcej mąki.
Trochę "spóźniony" ten post, bo taka sałatka to idealny letni obiad.
Do zjedzenia w domu i do zabrania do pracy.
Mimo gotowanych ziemniaków jest lekko, a przy tym całość nieźle syci.
Można do całości dodać jakieś lekkie mięso - np. grillowane bez tłuszczu lub gotowane na parze.



Składniki na wielką michę sałatki:

  • 3 średnie ugotowane i pokrojone w kostkę ziemniaki
  • pęczek rzodkiewek
  • zielony ogórek
  • dymka - cebulka i szczypiorek
  • koperek
  • ząbek czosnku
  • jogurt naturalny
  • majonez
  • sól, pieprz do smaku


Ogórka i rzodkiewki myjemy i kroimy w cienkie półplasterki.
Dymkę siekamy drobno, podobnie robimy ze szczypiorkiem i koperkiem.
Wszystkie warzywa wrzucamy razem do misy, mieszamy.
Z jogurtu i majonezu robimy sos, który doprawiamy czosnkiem, solą i pieprzem.
Łączymy sos z warzywami, dodajemy posiekany koperek i szczypiorek.
Całość najlepiej przed podaniem schłodzić w lodówce przez ok. 2 godziny.
Już mamy listopad, dlatego w najbliższych tygodniach na blogu będą same zimowe zapachy.
Candy cane lane jest jednym z zapachów bożonarodzeniowych.
Ma uroczą naklejkę z domkiem z piernika i piękny czerwony kolor.
A czy faktycznie wprowadza w domu świąteczny nastrój?
Pasuje na taką okazję?


Opis dystrybutora:
Wosk z okolicznościowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: mięta pieprzowa, słodkie ciasteczka oraz kremowy waniliowy lukier.

Moja opinia:
Chyba każdy zna zwykłe, klasyczne miętowe Tic-Taki.
Pachną delikatną miętą i cukrem. W proporcjach 1:1.
I tak właśnie pachnie ten wosk. Miętowymi drażetkami.
Nie ma tutaj obiecanej wanilii i ciasteczek.
Są tylko drażetki odświeżające oddech.
Jak dla mnie jeden z bardziej płaskich zapachów YC.
No i jeden ze słabszych, jeśli chodzi o moc.
Kolejny zapach, który po jednym paleniu skutecznie mnie do siebie zniechęcił.
Chociaż patrząc na opinie w sklepach internetowych czy na innych blogach widzę, że jestem w mniejszości, bo zapach jednak przeważnie się podoba.
Ja już do niego nie wrócę.
Tak, jak w ostatnim "Tygodniu" pisałam, że się tego spodziewam - znowu jestem chora na zwolnieniu.
Moje zatoki to jakaś pomyłka ewolucji, słowo daję, urodziłam się chyba nie w tym kraju, co trzeba.
O dziwo jednak tym razem nie straciłam węchu, więc siedzę w domu, nadrabiam filmowo-książkowe zaległości i wypalam moje woskowe zapasy, żeby z czystym sumienie kupić i otworzyć coś nowego ;)
Wiem, nie grzeszę systematycznością, znowu dłuższy czas nie było na blogu nowych wpisów.
Postaram się teraz je trochę częściej dodawać.

Szczerze liczę na to, że szczotkowanie szczotką z włosia dzika pomoże mi ogarnąć moje wypadające włosy.



Moje ulubione :)

Nowości na paznokciach

I szybkie zakupy w drogerii, bo akurat jak na złość wszystko naraz się skończyło.



Pyszne <3