Spray firmy Marc Anthony to kolejny produkt, który otrzymałam do testowania.
Jest to profesjonalny kosmetyk do domowego rozjaśniania włosów - do pasemek czy ombre.
W opakowaniu o słonecznie żółtym kolorze znajdziemy buteleczkę o pojemności 90 ml z już gotowym produktem, rękawiczki ochronne i ulotkę - również w języku polskim.
Spray jest przeznaczony do używania z prostownicą. Należy spryskać wybrane partie włosów (najlepiej cienkie pasemka) kosmetykiem, a następnie przesuwać po nich kilkakrotnie nagrzaną prostownicą aż do uzyskania pożądanego efektu.
Opis polskiego dystrybutora:
Spray Easy Lites Marc Anthony błyskawicznie i trwale rozjaśnia włosy. Nadaje się do wszystkich kolorów włosów, bez względu na to czy są one naturalne czy farbowane. Delikatna formuła oparta o ekstrakt z owoców i kwiat rumianku pozwala rozjaśnić pasma włosów ton w ton, zgodnie z pożądaną ilością i odcieniem refleksów. Spray nie niszczy włosów, zawarte w nim składniki aktywne pozostawiają włosy odżywione, nawilżone i pełne naturalnego blasku. Działanie sprayu aktywowane jest pod wpływem temperatury.
Jak to wyglÄ…da w praktyce?
Na ulotce znajduje się informacja, że prostownica, której będziemy używać do tej domowej koloryzacji musi nagrzewać się do co najmniej 220 stopni.
Prostowanie wilgotnych włosów w 220 stopniach, pierwsza myśl to "zabójstwo dla włosów".
Jakby tego było mało, to nie wystarczy raz przeciągnąć urządzeniem po puklach, o nie.
Instrukcja wyraźnie mówi "prostować spryskane pasemka co najmniej 7-8 razy".
Czy się bałam za to zabrać? Jeszcze jak! Od dłuższego czasu bardzo dbam o włosy, które są cienkie, słabe, wypadające, spuszone i ogólnie dalekie ideału. Nawet ich nie suszę, o prostowaniu nie wspominając.
Na zachętę przejrzałam więc kilka zagranicznych blogów z recenzjami tego właśnie specyfiku.
Dziewczyny tam wręcz piały z zachwytu i dumnie prezentowały zdjęcia swoich widocznie rozjaśnionych czupryn.
Jedna blogerka o azjatyckiej urodzie wkleiła zdjęcie, na którym widać, że całe włosy udało jej się rozjaśnić z kruczoczarnych do odcienia czekoladowego brązu.
Nie spotkałam się z narzekaniem nigdzie, poza Wizażem, gdzie pod artykułem prezentującym spray Easy Lites jako nowość na polskim rynku widniały komentarze mówiące jasno i bez ogródek "to nie działa".
Komentarze oczywiście szybko doczekały się odpowiedzi w stylu "działa, tylko ty nie umiesz używać".
Ale czymże są te komentarze w obliczu wielu kuszących zdjęć i opinii, na które natknęłam się wcześniej?
Nie wiem, co mną kierowało, ale chyba doszłam do wniosku, że najlepiej będzie, jak udam, że tych komentarzy nie ma i wszystko będzie dobrze.
Wyciągnęłam z dna szafki prostownicę i przystąpiłam do dzieła.
Podobno temperatura prostownicy jest w przypadku tego kosmetyku kluczowa. Co najmniej 220 stopni.
Mój sprzęt nagrzewa się do 230 stopni i właśnie tyle wtedy ustawiłam.
Zaczęłam dokładnie spryskiwać końcówki włosów z myślą "Zrobię sobie ombre" tłukącą się po głowie.
Po spryskaniu przystąpiłam do prostowania.
Przeciągnęłam nagrzaną prostownicą po włosach pierwszy raz.
Tssssssssssssss - odgłos palonych włosów, który według producenta i ulotki jest tak normalny, jak to, że słońce wstaje co rano.
Drugi raz, trzeci, czwarty i w końcu pewnie i dziesiąty.
I efektu brak.
Co jest? myślę sobie.
Sprawdzam temperaturę, na pewno ustawiłam dobrą, aż 230 stopni.
Dla pewności przeciągnęłam jeszcze kilka razy urządzeniem po włosach, spryskałam je jeszcze raz i powtórzyłam zabieg.
I dalej nic. Przyznam, że strasznie byłam rozczarowana.
A najgorsze było to, że kilka godzin później, gdy leżałam i oglądałam film, to czułam od swoich włosów tę charakterystyczną woń spalenizny.
Byłam święcie przekonana, że będę musiała ściąć włosy na boba. Znowu...
Na szczęście kolejnego dnia po myciu nie wyglądały aż tak źle, żeby od razu je ścinać, ale to już nie to samo, niestety. Są spuszone, przesuszone i zaczęły się rozdwajać (a pragnę zaznaczyć, że przez ponad rok nie podcinałam końcówek i nic mi się nie rozdwajało).
Po tym, jak wyschły dalej czułam tę nieszczęsną spaleniznę, która ulotniła się dopiero po drugim myciu.
A ombre jak nie było tak dalej nie ma, niestety.
Podsumowując - nie polecam Easy Lites ani trochę i przeraża mnie to, że pewnie wiele osób się skusi i zapłaci ponad 40 zł za ten bubel, bo właśnie za tyle widziałam ostatnio ten specyfik.


